PROLOG
Lubię walić się z całej siły młotkiem w głowę. Nie dlatego, że jestem nienormalna czy coś w tym stylu – po prostu kiedy przestaję to robić, czuję ulgę. A o to przecież chodzi, prawda? Często, kiedy boli nas głowa, naciskamy mocno palcami skronie i trzymamy je tak przez chwilę mimo tego, iż wówczas bardziej boli. Robimy tak po to, by zaraz je puścić i pozwolić, by przez około dwie sekundy czuć się lepiej. Pięć sekund cierpienia – dwie sekundy ulgi. Niestety, zawsze po upływie westchnienia wszystko wraca do swojego poprzedniego stanu rzeczy, niekiedy z podwójną siłą. Nie zmienia to jednak faktu, że człowiek robi to podświadomie, nie mając o tym zielonego pojęcia.
Ale wtedy głowa bolała mnie niewyobrażalnie. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam, przysięgam. Musiałam zamknąć oczy, tak bardzo rozsadzało mi czaszkę. Tysiące igieł wbijało się w każdą z komórek nerwowych mojego mózgu z osobna, poddając mnie tym samym jakiejś próbie. Czułam też, że wszystkie kości – szczególnie potylicy i czoła – są jakby pokruszone. Trzymając się obiema rękami za włosy czułam pod sobą coś zimnego, jakby kafelki, tylko miękkie. Wiłam się nie wiedząc, na co właściwie czekam. Wzdłuż mojego kręgosłupa przeszedł ostry jak brzytwa dreszcz, który wyprostował mnie niczym strunę gitary. Miałam wrażenie, że dryfuję w nicości, tak bolało. To było najgorsze uczucie, jakiego kiedykolwiek doznałam i chyba nie istnieje na świecie żadne gorsze.
Z oddali dochodziły do mnie jakieś dziwne szumy, które z biegiem czasu zmieniały się w szept tak cichy i delikatny, że aż niewiarygodny. Nie mogłam ocenić, z której strony dokładnie pochodzą i czym w ogóle są. Stwierdziłam, że nie pozostało mi do zrobienia nic innego, jak otworzyć oczy.
Choć moje powieki były ciężkie, nie poddawałam się. Moja heroiczna walka trwająca pół wieczności musiała zakończyć się sukcesem, choćby niewielkim – udało mi się utworzyć cienką szparę, która na pierwszy ogień absolutnie mi wystarczała.
W pierwszej chwili zobaczyłam cztery postacie ubrane na biało, które pochylały się nade mną. Czułam się trochę jak pacjent budzący się na stole operacyjnym w samym środku zabiegu, a tamci wyglądali mi na ekipę należącą do doktora House’a. Obraz był rozmazany, lecz z każdą sekundą moje oczy przyzwyczajały się do panującej tutaj nienaturalnej jasności. Światło mnie nokautowało, ale nie mogłam pozwolić się mentalnie przewrócić. Nie po raz drugi.
- Invisible – szepnęła jedna z postaci, chyba ta najwyższa. Nie widziałam jej jeszcze zbyt dobrze, lecz barwa głosu wymawiającego moje imię pozwalała mi sądzić, że jest to mężczyzna. Wewnątrz mojej głowy ćmił się jeszcze drobny, ale kłujący ból. Jakby ktoś włożył mi w mózg ostrą szpilkę, po czym zaczął kreślić nią kółka.
Otworzyłam oczy trochę szerzej. Jedyne, czego byłam stuprocentowo pewna to tego, że ta obserwująca mnie jak serial czwórka składała się z samych facetów. I ta biel ich ubrań… Szpital jakiś? Nie, to, że mają białe spodnie, buty i koszule czy tam T-shirty wcale tego nie oznacza.
- Invisible? – powtórzył ten sam wyrośnięty chłopak o ciemnych, trochę przydługich włosach. Patrzył mi w twarz, podobnie jak jego towarzysze. Wyglądali, jakby czekali na moją reakcję czy jakiś znak z mojej strony potwierdzający, że ich słyszę. Podobnie jak w horrorze, kiedy ktoś mimo upiornej muzyki w tle podchodzi do jakiejś niedomkniętej szafy zamiast, za przeproszeniem, spierdalać. Nigdy tego nie rozumiałam i podejrzewam, że nie zrozumiem.
- Kurwa – powiedziałam mało ambitnie, łapiąc się jedną ręką za głowę, drugą podpierając w pozycji półleżącej. Ale cóż lepszego mogłam wymyślić czując się, jakbym oberwała spadającą cegłą?
Teraz widziałam ich o wiele lepiej. Choć szczegóły ich anatomii wciąż były niewyraźne, ich identyfikacja była dla mnie znacznie łatwiejsza. Znałam ich skądś, ale nie miałam pojęcia, gdzie moglibyśmy się wcześniej spotkać. Ten brunet, który wcześniej wołał moje imię, cofnął się nieco do tyłu. Tuż obok niego stał jakiś blondyn, który śmiało mógłby jeść pomidorową swoim własnym nosem. Po lewej zaś stali pozostali: jeden przypominał mi bażanta uciekającego przed śrutem środkiem pola, tylko z włosami postawionymi na żel, a drugi stanowił jakieś latynoskie nie wiadomo co.
Cała czwórka wyglądała, jakby moja dwusylabowa ocena samopoczucia nie tyle ich rozbawiła, co przyniosła im ulgę. Uśmiechnęli się do mnie tak ślicznie, że aż głupio.
- Gdzie ja w ogóle jestem? – spytałam, rozglądając się podejrzliwie dookoła. W sumie to pytanie powinnam była zadać już dawno, gdy tylko udało mi się jakoś w miarę ocenić, że nie jestem sama. Wszędzie było biało: tak, jakby uwięziono mnie w płótnie. Albo w jakimś białym kartonie. Nie było tu dosłownie niczego: ani ścian, ani sufitu, ani podłogi. Nie chciałam z góry stwierdzać, że zawiesiłam się w powietrzu, bo przecież byłam całkiem normalna. No, może poza tym waleniem się młotkiem w głowę.
Ten, który miał najciemniejszą karnację spojrzał na pozostałych, ignorując jakby moją obecność.
- Trzeba jej w końcu powiedzieć – wzruszył ramionami.
- Jak ja nie lubię tej pracy – bażant pokiwał głową, patrząc pusto w górę, jak gdyby nigdy nic.
Coś mnie ukłuło w samym sercu. Poczułam, że topnieję.
- O czym w mówicie? – rzuciłam uniesionym głosem, nie starając się nawet ukryć rodzącej się we mnie paniki. Wiedziałam podświadomie, że to ten moment, w którym powinnam zacząć się bać, ewentualnie krzyczeć. – Pytam się, gdzie jestem?!
- Droga Invisible – wysoki brunet stojący z tyłu wyciągnął rękę, by położyć mi ją na ramieniu. – Jesteśmy w twojej głowie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz