środa, 26 grudnia 2012

Żołnierze nie powinni kochać, oni powinni płakać

Rozdział 6

     Zdarzyło się parę razy, że ktoś z czystej ciekawości zapytał mnie, jaką moc chciałabym posiadać, gdybym miała w sobie iskrę czy zalążek nadprzyrodzonych zdolności. Nigdy nie wiedziałam, co mam wówczas odpowiedzieć. Pomijam sam fakt, że pytanie samo w sobie było głupie i nijak nie odnosiło się do przedmiotu, na jakim mi je zadawano. Po prostu nie miałam zielonego pojęcia, na co by się zdecydować. Z jednej strony chciałam być niewidzialna, z drugiej przechodzenie przez ściany wyglądało w moich wyobrażeniach równie atrakcyjnie. Chciałam też latać, móc rzucać zaklęcia, czytać w myślach, teleportować się i strzelać boczkiem z oczu.
     Teraz miałam te wszystkie moce, lecz mimo tego, iż w tym świecie to ja byłam półbogiem i mogłam pozwolić sobie na wszystko, nic nie sprawiało mi przyjemności. Przechodziłam przez postawione przeze mnie ściany, po stworzeniu obrazu Nowego Jorku skakałam po budynkach, wyrzucając wiązki sieci z nadgarstka, zatrzymywałam czas bez powodu. Ale co mi po tym, skoro nikomu nie mogłam się tym pochwalić ani nikomu powierzyć tego jako najskrytszej tajemnicy? Nie mogłam z nikim podzielić się tym sekretem. Jakby się tak głębiej zastanowić, to wolałabym tańczyć w deszczu i śpiewać fałszując ze świadomością, że ktoś na mój widok uśmiecha się pod nosem i wraca mu ochota do życia. To takie proste, a mimo wszystko lepsze.
     Frunęłam powoli z założonymi na piersiach rękoma nad jakimś ogromnym, zurbanizowanym miastem. Kilkaset stóp pode mną otwierały się i zamykały drzwi sklepów bez sprzedawców, jeździły samochody bez kierowców, unosił się dym z papierosów, których w żarzenie nie wprowadziło żadne płuco, żaden oddech, żadne westchnienie. Nawiedzone miasto pachniało ironią i miłością, której nigdy tutaj nie było.
     W pewnym momencie zawisłam na krawędzi dachu jednego z oszklonych wieżowców, w którego biurach wciąż dzwoniły telefony, których i tak nikt nie odbierał. Ubrana w brązowe kozaki, rajtuzy z jakimś dziwnym wzorem i w kremowym płaszczu usiadłam tak, by nogi zwisały mi ponad ziemią. Wsadziwszy ręce do kieszeni westchnęłam, chuchając i tworząc białą jak śnieg parę. Moje włosy znów miały swój naturalny, jasny kolor: były jedynie mocno pokręcone i sięgały mi do czubków spiczastych ramion. Oparłam się bokiem o szpadzisty komin pokryty gładkim tynkiem i pomarańczową farbą. Zawiesiłam swój wzrok na oddalony brzeg oceanu, który rozciągał się na krawędzi horyzontu niczym sznurówka.
     Nie mogłam zrozumieć, dlaczego mimo tego, iż byłam wolna, czułam się jak ptak w klatce. Czy wszyscy wszechmogący tak mają? Nie umiałam poradzić sobie z tą myślą, jak zresztą i z kilkoma innymi. Nie zdążyłam postawić jeszcze znaku zapytania po retorycznym pytaniu, kiedy poczułam, że ktoś siada tuż przy mnie tak, że nasze nogi stykały się ze sobą. To było do przewidzenia.
- Mam najcudowniejszą klatkę na świecie – prychnęłam sarkazmem, którym śmiało mogłam splunąć w dół. Problem w tym, że w nikogo bym nie trafiła.
- Latasz – stwierdził prosto Carlos. – Nie marudź.
- Ale ja nie chcę latać – skonfrontowałam. – Ja chcę być człowiekiem. Człowiekiem, rozumiesz? Nie jakimś tworem, który bardziej przypomina ćpuna niż ideał. Z każdą chwilą tutaj spędzoną mam wrażenie, iż po prostu napaliłam się jakiegoś gówna i mam teraz kolorowy odlot.
- Chciałbym powiedzieć, że cię rozumiem – dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, iż mój pojawiający się znienacka rozmówca nie patrzy na mnie, a na ocean. – Ale nie jestem Loganem. Nie umiem ci w tym momencie pomóc.
- To zdanie słyszałam już parokrotnie i chyba go nie lubię – wywróciłam oczami. Nie w sarkazmie, a w próbie pokazania mu, że nie jest sam. Bo przecież i ja nie rozumiałam, czego bez przerwy się czepiam.
     Carlos uśmiechnął się subtelnie, lecz nie odwrócił się. Nie miałam głowy do tego, by po raz kolejny wyzwać go od przypalonego w ognisku ziemniaka z Toy Story czy od kogoś, kto z premedytacją wpadł do gara Panoramiksa. Wzruszyłam więc ramionami i powróciłam do obserwacji fal uderzających o piaszczystą wydmę.
     Wiatr zaczął wiać, targając moimi włosami i wplątując ich kosmyki w znajdujący się po mojej lewej stronie piorunochron.
- Jak to jest być człowiekiem? – spytał niespodziewanie, ni z gruchy, ni z pietruchy. Nie zdążyłam jednak zrobić zszokowanej miny: zbyt zajęta byłam rozplątywaniem kołtunów.
- W sumie to całkiem normalnie – odparłam. – Ale masz strasznie dużo ograniczeń. Wiesz, ludzie nie latają, nie oddychają pod wodą, nie podróżują z prędkością myśli…
- Umieją za to mnóstwo innych rzeczy, których nie potrafią anioły – wtrącił. Wciąż nie raczył obdarować mnie spojrzeniem potwierdzającym, że mówi do mnie, a nie do siebie. Może to dziwnie zabrzmi, ale był trochę nieobecny. – Chciałbym być człowiekiem.
     Zakrztusiłabym się hamburgerem gdyby nie fakt, że nie wstąpiłam po drodze do McDonalda. Szkoda, bo zawsze chciałam wjechać do McDrive’a tyłem. Mimo to zakasłałam, bo moje płuca nabrały zdecydowanie za dużo powietrza.
- Nie gadaj głupot – rzuciłam. – Fakt faktem, sama chciałabym nim w stu procentach być, bo już kiedyś im byłam i za tym tęsknię, ale ty? Masz tu wszystko, nie potrzebujesz zmartwień i niedoskonałości. Od zawsze byłeś duchem, więc nie masz do czego wracać.
- Nic nie rozumiesz, Invisible – Carlos odwrócił się do mnie nagle, łapiąc mnie za rękę i mocno ją ściskając. Jeszcze trochę i połamałby mi palce. – Czujesz to?
- Jesteś debilem, puść mnie – warknęłam naburmuszona, wyrywając swoją dłoń z jego własnej. Byłam zdziwiona, kiedy okazało się, że nie mam na tyle siły. Spojrzałam mu więc w oczy: przestraszyłam się po raz pierwszy, od kiedy tu trafiłam. Tęczówki pomiędzy jego powiekami miały barwę krwi. Soczystej, błyszczącej, płynącej prosto z serca. Nigdy nie widziałam takich oczu. Nie tyle się ich bałam, co mnie fascynowały.
- Czujesz dotyk – kontynuował, oddychając ciężko. – Boli cię. Nawet nie wiesz, ile jestem w stanie dać, by poczuć ból. Tymczasem nawet nie mam uczuć. Być może myślisz, że tym gestem okazałem zdenerwowanie: ale tak nie jest. Ja nic nie czuję.
     Przełknęłam ślinę. Carlos odsunął się ode mnie kawałek, by dać mi trochę wolnej przestrzeni kosmicznej do własnej dyspozycji. Spuścił wzrok, wpatrując się w stłuczkę samochodową.
- Chciałbym być smutny razem z tobą – mówił dalej. – Chciałbym płakać. Chciałbym czuć to, co mną kieruje, a nie działać jak maszyna. No i chciałbym umieć kochać. Logan mówi, że to cudowne uczucie. Zazdroszczę mu, że wie, jak to jest.
     Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Faktycznie wydawał się być jak najbardziej dotkniętym i cierpiącym żywym stworzeniem, jednak jego największym cierpieniem było właśnie to, że tego cierpienia nie czuł. Ani żalu, ani współczucia, ani radości. Tacy to mają przesrane, mówiąc po mojemu.
     Wpatrywałam się w czubki swoich butów. Po raz pierwszy było mi wstyd mojego wcześniejszego zachowania. Pani na literaturze mówiła, że powieść, w której następuje zmiana postawy głównego bohatera nosi nazwę Entwicklungsroman, z niemieckiego bodajże. Czy to było to?
- Co to jest miłość? – spytał Carlos głosem anioła, którym w pewnym stopniu był.
- No wiesz – mój głos drżał, musiałam nieco odchrząknąć. – Każdy człowiek ma swoją własną definicję tego pojęcia. Dla mnie miłość jest wtedy, gdy chłopak opuszcza treningi piłki nożnej, która jest dla niego bardzo ważna tylko po to, by tygodniami wpatrywać się w swoją nie dającą oznak życia dziewczynę. I mimo tego, co mówią inni ma nadzieję, że wszystko wróci pewnego dnia do normy. To jest właśnie miłość, Carlos. Taka prawdziwa i słodka jak droga, tucząca czekolada.
- Chciałbym umieć kochać.
     Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, bo moje ramię przeszył niewyobrażalny ból. W jednej chwili tysiące gorących igieł zatonęło w mojej skórze sprawiając, że mogłam jedynie krzyczeć i wić się bez możliwości opanowania sytuacji. Uderzyłam bokiem o komin w nadziei, że przyćmi to nieco to promieniowanie. Nic nie dało. Niemniej jednak przeszywające mnie na wylot igły zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. W moich oczach zostały jedynie zalążki łez, które już miałam uronić pod wpływem tego okropnego uczucia.
     Carlos nie wyglądał na zdziwionego. Wzruszył ramionami, jakby mnie nienawidził. Mój Boże, co ja mu zrobiłam?
- Zaburzenia akcji serca – wyjaśnił chłodno niczym rodowity nauczyciel. – Ale już wszystko dobrze. Twojemu ciału nic nie grozi.
- Ale nie przejdę jeszcze przez granicę – stwierdziłam.
- Nie przejdziesz – potwierdził.
- A to? – przytknęłam mu do nosa swoją dłoń, której drobny fragment był zimny jak lód, reszta zaś normalnie ciepła. – Co to jest?
- Jeremy płakał – rzucił bez emocji. – A to jego łzy, one zostawiają takie zimne ślady. Przecież czujesz ich setki.
- Ale te dwie mnie bolą.
     Spojrzałam na drżącą dłoń z ukosa: maleńkie uwypuklenie obok żyły pulsowało, a dwa ledwie widoczne wgłębienia mroziły mnie od stóp do głów. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego czegoś. Czułam się nie tyle źle, co dziwnie i trochę jakby… niedoinformowana. W tym momencie przydałby mi się James, który odpowiadał na moje każde, nawet najgłupsze pytanie.
- A co to znaczy, że łzy bolą? – spytałam niezbyt przekonywująca jak jakaś popisująca się przed kolegą z piaskownicy pięciolatka.
- To znaczy, że powinnaś być najszczęśliwszym człowiekiem we Wszechświecie i w jego lustrzanym odbiciu, włącznie z białą próżnią – odparł, spoglądając na wymyślone przeze mnie słońce. Chyba mu się spodobało. Nie wiem, czy kiedykolwiek takie widział. – To oznacza, że jeszcze wszystko przed tobą. I że zostałaś wybrana.
- Mówisz jak ci z jakiegoś dziwnego religijnego ruchu, którzy roznoszą gazetki po domach – pufnęłam. – Kiedyś, jak byłam chora przyszła taka jedna dziewczyna, chyba nawet młodsza ode mnie. Ledwie widząca na oczy, w różowym szlafroku i z wielkim pryszczem na środku czoła otworzyłam jej drzwi, a ta przywitała mnie słowami melancholii: Witaj, chciałabyś może zacząć nowe życie?
- I co ty na to? – dopytał się bardziej z grzeczności, niż z ciekawości. Jak można nie mieć uczuć i tak świetnie wszystko udawać? Spuściłam wzrok w dół i splunęłam. Nie odezwałam się, póki moja ślina nie zniknęła we mgle.
- Udawałam, że jej słucham. Na miłość boską, przez gorączkę nic nie rozumiałam! Pociągałam tylko obrzydliwie nosem chcąc, by już sobie poszła. A gazetkę spaliłam, by móc ugotować sobie wodę na herbatę. Jestem złym człowiekiem.
     Przesunęłam palcem po horyzoncie, by słońce zniknęło. Korzystając ze swojej nieograniczonej władzy jednym ruchem ręki zamalowałam niebo na ciemny granat, wpadający miejscami w czerń. Wskazałam również kilka punktów na nieboskłonie, tworząc dziury w atmosferze. Na ich miejscu szybko pojawiły się lśniące gwiazdy, których z kolei nie chciało mi się już nazywać. Na ulicach mojego miasta zapaliłam mnóstwo lamp, wymazałam wszystkie samochody i niewidocznych pieszych, by nie wydawali żadnych dźwięków. Zostawiłam tylko kilka ludzików Lego grających na wuwuzelach. Nie było ich tu za bardzo słychać, ale to nie grało żadnej roli. Palcem wskazującym zakreśliłam księżyc. Wielki, srebrny, gapiący się na mnie jak pan z kościoła, który zbierał zawsze na tacę, a ja mu nie chciałam wrzucić ani centa. Świecił tak mocno, że miałam wrażenie, iż zaraz wywali w nim korki i trzeba będzie rysować go od nowa.
     Jeremy bardzo lubił księżyc. Jeremy bardzo lubił gwiazdy. No i Jeremy bardzo lubił mnie, patrzącą w księżyc i zasypiającą w jego ramionach przy gwiazdach.
     Klasnęłam w dłonie. Przypomniało mi się, że nie jestem sama.
- Słuchaj Carlos, zawrzemy umowę – powiedziałam pewnym tonem, którego bardzo szybko sama się zlękłam. Bałam się, że wywoła on odwrotne emocje do tych planowanych, jednak mój rozmówca odwrócił głowę w moim kierunku. Wyglądał na co najmniej zainteresowanego. Wypięłam więc pierś w przód i podjęłam się kontynuacji. – Ja nauczę cię być człowiekiem, a ty nauczysz mnie być aniołem. Co ty na to?
     Anioł uśmiechnął się do mnie tak serdecznie, że aż niemożliwe byłoby stwierdzenie, iż duchy nie czują.
- Ale ty jesteś w połowie aniołem – zmarszczył brwi, jednak z przyjaznym wyrazem twarzy. – Poza paroma drobnymi szczegółami niczym się nie różnimy. Owszem, mamy większe moce, ale ludzi też stworzył Bóg. A on nie tworzy byle… no, jak to byś ty powiedziała…
- Byle gówna – skwitowałam z uśmiechem. Ostatni raz szczerzyłam się tak, jak moja koleżanka zrzygała mi się na plecy.
- Tak – przytaknął, splątując palce swoich ciemnych dłoni. – Ja naprawdę nie rozumiem ludzi. Zazdroszczę Loganowi.
- Zdradziłbyś mi wtedy tylko jedną tajemnicę. Chodzi o to, byś powiedział mi, jak mogę dostać się do świata żywych jako duch – pisnęłam cicho, zdecydowanie niepotrzebnie. Carlos spojrzał na mnie jak na debila, który właśnie wkłada sobie głowę do tostera. Wydawało mi się nawet, że leciutko się odsunął.
- Nie, nie mogę – zacisnął oczy tak mocno, że drobne żyłki uwypukliły się na jego powiekach. Niedoskonałości ludzkiego ciała, pomyślałam. James mi o tym opowiadał.
- Carlos… - szepnęłam.
- Nie.
     Przysunęłam się bliżej i nieświadomie położyłam mu dłoń na ramieniu. Wiedziałam, że tego nie poczuł. W świetle księżyca widziałam, że walczy sam ze sobą. Odniosłam również wrażenie, że niczego innego nie pragnie. Niczego więcej, jak być kimś podobnym do mnie. To moje bezczelne wykorzystanie jego marzeń (nie mam pojęcia, jak to nazwać, bo James mówił mi, że anioły nie mają marzeń) w stosunku do niego było absolutnie nie fair, ale musiałam zrobić wszystko, by wrócić do Jeremy’ego. I nikt nie mógł się o tym dowiedzieć.
- Nauczę cię być człowiekiem – powtórzyłam. – Tego chcesz, prawda?
     Nie musiał odpowiadać. Splunął na dół i wyprostował się jak struna. Wyciągnął w moją stronę rękę, choć unikał mojego wzroku. Chwyciłam ją łapczywie w obawie, że zaraz się rozmyśli. Była strasznie koścista, a w swojej fakturze przypominała mi papier ścierny. Ścisnął moją dłoń mocno: było widać, że nigdy tego nie robił i nie ma w tym wyczucia. Zacisnęłam zęby wiedząc, że sam nic nie czuje. Nie czuć dotyku, nie czuć oddechu na szyi, nie wiedzieć, że się kocha, że łamie mu się serce…
- Umowa stoi – wyzionął wreszcie.
     Carlos zawarł pakt z diabłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz