środa, 26 grudnia 2012

Piosenka bez przesłania o żółtym czajniku

Rozdział 10

     Na swojej twarzy czułam wyraźnie każde włókno północnego wiatru z osobna. Tak bardzo odwlekałam to wszystko, co czekało za rogiem – chciałam się do tego jak najlepiej przygotować. Poprawiłam czarny płaszcz i położyłam ręce na klawiszach fortepianu.
     Zaczęłam grać piosenkę, której nigdy nie słyszałam. Zewsząd otaczały mnie kałuże i puste, nawiedzone blokowiska. Gdyby ktokolwiek tu był, wyśmiałby dziewczynę o prostych blond włosach, która przytargała ze sobą na środek parkingu samochodowego wielki instrument w celu przemyślenia swojej beznadziejności. Grałam jednak w samotności wierząc, że na wszystko mam jeszcze czas. Było mi zimno, a lampy stojące przy krawężniku świeciły zdecydowanie za jasno i za pomarańczowo. Nie chciało mi się jednak niczego poprawiać – pochłonęłam się grą na fortepianie, którego nie powinno tu być.
     Spod płaszcza wystawały moje cienkie nogi, obite delikatnie jeansowym, ciemnogranatowym materiałem. Znajdujące się na stopach czerwone trampki absolutnie nie pasowały ani do tych spodni, ani do mojej piosenki. Była zbyt klasyczna na moje uszy, jednak palce same chodziły mi po klawiszach jakby wiedząc lepiej ode mnie, kim jestem.
     Spojrzałam na gwieździste niebo, które kończyło się w miejscu, gdzie nie dochodziło światło. Nie przerywając swojej płynnej gry zaczęłam zastanawiać się, czym jest kobieta. Nie miałam wątpliwości ku temu, że stanowi ona osobny gatunek w niczym nie przypominający normalnego człowieka. Bo jak tu ufać czemuś, co krwawi pięć dni i nie umiera? Poza tym, dlaczego myślimy jedno, mówimy drugie, a robimy piąte? No dlaczego, z jakiej racji? Czy to jest ten idealny twór, którym zachwycano się od pokoleń? Przecież to fatalny organizm. Przynajmniej ja byłam femme fatale. Śpiewałam o sztuce samobójstwa, którego nigdy bym nie popełniła, w dodatku patrzyłam przy tym w górę. To chyba hipokryzja.
     Uniosłam palce do góry – przestałam grać. Ostrożnie odsunęłam taboret i wstałam, wsadzając dłonie do kieszeni. Fortepian zniknął bez żadnego dźwięku, a ja pozwoliłam, by wiatr rozwiał mi włosy w tył. Bardzo małymi i powolnymi krokami zbliżałam się w stronę chodnika, w który wbitych było kilka wspomnianych wcześniej lamp. Idąc tak zaczynałam mieć wątpliwości w słuszność swoich dotychczasowych czynów. A co, jeśli końca nie ma? A może już był, a ja o tym nie wiem? Były dni, kiedy myślałam, że cała ta chora sytuacja jest jakimś moim wymysłem, a tak naprawdę dryfuję w nieskończonej próżni, w której cząsteczki pustki układają się szeregowo i równolegle do przybranej postawy ciała. Zaczęłam grupować to, co miałam na różne kategorie, które i tak były absurdalne, jak wszystko tutaj zresztą.
     Przed oczami mignęła mi twarz Jeremy’ego, który biegł przez boisko z szybkością strzały. Zignorowałam to – przyzwyczaiłam się to takich wizji w chwilach wątpliwości. Przecież ja nadal stałam na środku betonowego, pustego fragmentu ulicy, a otaczające mnie bloki z czystymi oknami i włączonymi wewnątrz mieszkań telewizorami przypominały mi o tym, jak bardzo jestem wybrana i jak wielką mam wyobraźnię. Nucąc cicho dalszy ciąg piosenki o sztuce samobójczej śmierci zatrzymałam się przy sercu z kredy, które jakaś dusza zostawiła na chodniku. Było duże, białe i na pierwszy rzut oka pięcioletnie. Zatęskniłam trochę za swoim fortepianem, jednak nie przywołałam go do siebie za pomocą słowa – wciąż słyszałam płynące z niego nuty. Utkwiłam wzrokiem w smudze rzucanej przez jedną z latarń, w której zaczęły pojawiać się pojedyncze płatki śniegu. Tak, jak chciałam. Tak, jak miałam chcieć.
     Spojrzałam w bok – Carlos stał w identycznej pozie co ja, z rękoma w kieszeni i z oczami w gwiazdach.
- Nie bój się – powiedział spokojniej niż zwykle, z delikatnym uśmiechem. Nie obdarował mnie jednak przy tym żadnym spojrzeniem. – Ty tylko wypełniasz plan.
- Napiłabym się piwa – oznajmiłam, mrużąc oczy. – Ale nie jakiegoś z sokiem. Takiego zimnego, gorzkiego, w ogóle nie kobiecego. I chcę, żeby mi się po nim chamsko odbijało.
- Chcesz w ten sposób wyzbyć się kobiecości?
- Powiedzmy. Nie chcę być kobietą fatalną.
     Carlos zaśmiał się serdecznie i ładnie, jeśli mogę pokusić się o takie słowa. Jego białe żeby błyszczały, a śnieg padał coraz mocniej.
- Ale ty wszystko lubisz odwlekać – prychnął jakby w przestrzeń. Nie mogłam zaprzeczyć: specjalnie nie wymyśliłam umówionej śnieżycy od razu, tylko szłam ku niej stopniowo.
- Zrozum mnie – poprosiłam, spuszczając głowę i wpatrując się w białe czubki swoich trampek. – Jak chłopcy?
- Nie widziałem się z nimi od jakiegoś czasu – przyznał. – Ale czuję ich aurę. Nie są smutni ani szczęśliwi. Dryfują zamrożeni w białej próżni i o niczym nie mają pojęcia.
- Chciałabym ich kiedyś przeprosić.
- O to się nie martw – powiedział nieco rozkazującym tonem. – Oni sobie poradzą. Pytanie tylko, czy i ty dasz radę.
- Jeremy Bruno Whitewine – przypomniałam mu. – Jestem zdecydowana. Ale piwa i tak bym się napiła.
- Kiedyś rozmawiałem z Kendallem o tym przenoszeniu dusz na obie strony linii – rzucił ni stąd ni zowąd. – Chciałem wiedzieć, jak to wygląda. A on powiedział mi, że czuje indywidualną odpowiedzialność za życie, które trzyma w ramionach. To smutne, że już nigdy tego nie zrobi.
     Przełknęłam ślinę. Śnieżyca nabrała na sile, mocząc pozlepianymi płatkami moje włosy i sprawiając, że wyglądały jak sztywne druty. Kiedy spadła gwiazda, wiedziałam, że już czas. Że to ten moment. Wyciągnęłam prawą dłoń z kieszeni i chwyciłam dłoń Carlosa, nieustannie patrząc w zimowe, nocne niebo. Zamknęłam oczy i czekałam, aż ten obejmie mnie i przyciśnie moje serce do swojego. Tylko w ten sposób mogło mi się udać.
     Skupiłam się bardziej niż zwykle. Tym razem całą swoją moc miałam przelać w żyły mojego anioła, by już zawsze mógł czuć się jak człowiek. Napięłam mięśnie twarzy i przepuściłam przez palce energię, która niczym woda przelewana przez lejek trafiała bezproblemowo do układu Carlosa i wypełniała go od wewnątrz. Cała moja siła opuszczała mnie, a moje nogi zamieniły się w watę. Duch musiał mnie mocniej przytrzymać, bym nie upadła w tworzącą się wokół nas zaspę. To trwało krócej, niż mi się wydawało. A kiedy było już prawie po wszystkim, Carlos podniósł dłonią moją grzywkę i spojrzał mi w oczy. Czerwień tęczówek zniknęła, teraz to on miał piękne, złote obręcze wokół źrenic.
- Czuję, Invisible – szepnął z kamienną twarzą. – Czuję, jak twoje życie ode mnie zależy.
- Słucham?
- Twoja skóra jest taka papierowa.
     Choć tkwiłam w absolutnej ciemności, wiedziałam doskonale, że to jego usta są takie ciepłe i miękkie. Dzięki temu pocałunkowi mogłam przekazać mu resztki mocy, która we mnie zalegała. Zgodnie z naszą umową. Z każdą chwilą było mi coraz bardziej obojętne, ile czasu mi jeszcze zostało. Prawdę mówiąc był tak delikatny i tak bardzo nie chciał zrobić mi krzywdy, że aż się przestraszyłam. Poddałam mu się, nie mając w sumie innego wyboru. Ale jego namiętność była inna niż ta, którą czułam w palcach Kendalla, Jamesa czy Logana. Carlos miał coś, co było bardziej ludzkie niż człowiek.
     W ułamku sekundy wszystko wróciło. Cała moja moc na powrót znalazła się w moim ciele, choć mój anioł nadal pochylał się nade mną i uczył człowieczeństwa. Otworzyłam oczy w momencie, w którym Carlos postawił mnie wyprostowaną na ziemi.
- Szybko! – krzyknął, wskazując ręką w kierunku czarnej dziury, która powstała między dwoma miejscami parkingowymi. Nagła zmiana jego postawy była dezorientująca. – Pospiesz się!
     W jego oczach widziałam, że zależy mu na tym, by moja akcja się powiodła. Natychmiast zrozumiałam, że jego wolą było pozostawienie w moim ciele krzty mocy: bo przecież w dalszym ciągu był bardzo człowieczy. To on teraz był mną, w pewnym sensie. Ziemia zaczęła się trząść. A to był znak, że nie mam dużo czasu.
      Spełniwszy wszystkie warunki Paktu Zdrady, zmierzyłam w stronę portalu prowadzącego do świata ludzi. Zgodnie z zamierzeniami paktu, by go otworzyć musiałam uwieść czterech aniołów przy użyciu natury ludzkiej. Teraz miałam okazję zobaczyć Jeremy’ego. Wreszcie.
     Ziemia zatrzęsła się bardziej.
- Biegnij! – Carlos machał rękoma jak szalony. – Ja będę pilnował portalu! Błagam, nie odwracaj się!
- Czy ty się boisz? – spytałam. Już nie umiałam zatrzymać śnieżycy.
- Nie zadawaj mi pytań! – wrzasnął. – Biegnij, biegnij, błagam cię, Invisible!
     Nie wiem czemu, ale nie chciałam uciekać. Nie miałam zamiaru zostawiać świata, który przez kilka miesięcy tak starannie tworzyłam. Poczułam, że się przywiązałam. W jednej chwili wszystkie moje myśli o ziemskim życiu stały się nieważne, a ja otworzyłam usta, by coś powiedzieć.
     Ale nie zdążyłam. Carlos z miną kata podszedł do mnie, złapał za brzegi płaszcza i przyciągnąwszy mnie do siebie pocałował z iskrą wieczności, po czym wepchnął mnie do portalu. Nie mogłam krzyknąć – spadałam długo, nie zwięźle i nie na temat.

I co z tego, maj też kiedyś się skończy

Rozdział 9

     Cywilizacja jest wrogiem każdego normalnego człowieka. To czymże ja zatem byłam wmawiając sobie, że uwielbiam zapach miasta? Nie żebym była jakimś fanatykiem, ale znacznie większą przyjemność sprawiała mi obserwacja ulicznych stłuczek niż słuchanie śpiewu ptaków nad rzeką czy też napawanie się czystym powietrzem na wsi. Nic jednak nie było w stanie zastąpić mi słuchania smętnych piosenek lecących z moich popsutych słuchawek, kiedy to w samym środku gwieździstej nocy siedziałam na ławce w parku lub też leżałam w trawie koło jednej z najbardziej ruchliwych ulic w mieście. Czułam się wtedy jednocześnie ważna, a drugiej strony niezauważona. Bo kogo obchodzi jakaś dziewczyna leżąca w krzakach? Taka samotna w tłumie. I to było zajebiste.
     Korzystając z możliwości własnej wyobraźni ubrałam się w czerwoną sukienkę, na którą w normalnych warunkach w życiu nie byłoby mnie stać. Bez pośpiechu zsunęłam z nóg czarne szpilki, w których było mi już niewygodnie. Przyklepałam nieco pokrytą lakierem grzywkę, później poprawiłam sztywne jak wykręcone druty loki, których rozczesanie groziło praktycznie całkowitym wyłysieniem. Znów byłam szatynką – takie włosy bardziej pasowały mi do butów.
     Ludzki odruch nakazał mi nabrać powietrza w płuca i zatkać nos, nim przechyliłam się nad glinianą krawędzią. Podkuliłam nogi i czekałam, aż moje ciało uderzy o taflę wody przejrzystego, wręcz nienaturalnie krystalicznego jeziora. Wzdłuż kręgosłupa przeszył mnie zimny jak lód prąd, jednak niczego więcej na ten moment nie potrzebowałam. Już przy samym brzegu było na tyle głęboko, by móc wyprostować się i ponownie poprawić fryzurę. Kiedy poczułam grunt pod nogami, przypomniałam sobie, że przecież umiem tu oddychać. Przygładziłam rąbek sukienki, po czym rozejrzałam się dookoła: zewsząd otaczały mnie głazy i zielone rośliny, a znad powierzchni świeciło jasne słońce i oświetlało mi drogę. Dziwne, bo przecież był środek nocy. Nie zapominajmy jednak, że to ja tutaj dyktowałam zasady, dzięki którym oksymorony miały prawo zawładnąć światem. Wystarczyła jedna moja myśl, by pojawił się cichy hałas, gorący lód, miękka stal, lekka cegła czy leworęczna prawa ręka. Pogrzebałam trochę bosą stopą w cienkim mule uświadamiając sobie, że tak czystej wody nie ma nawet w Morzu Śródziemnym ani w wannie. I nie było tu niczego – same kamienie i ja pośrodku własnej głowy.
     Z lekkością odbiłam się od dna i zaczęłam płynąć. Biorąc pod uwagę, że nie czułam oporu wody, można by porównać to do latania. Ach, jak wiele marzycieli oddałoby wszystko, żeby znaleźć się teraz na moim miejscu… Robiąc piruety i potrójne tulupy zamknęłam oczy, by choć na moment oderwać się od czegoś, co nie istnieje. Upewniwszy się, że moja fryzura mimo kontaktu z wodą nadal wygląda jak sztywno ułożony cud świata, skręciłam w lewo za rozpościerającą się aż do powierzchni rośliną przypominającą rozrośnięty wodorost. Przystanęłam bosymi nogami na szarym piasku dna i wymyśliwszy jeszcze kilka takich tworów w obrębie wzroku, wsadziłam dłonie do płyciutkich kieszonek mojej sukienki. Spojrzałam przed siebie i ugięłam nogę w kolanie, przechylając ją do wewnątrz. Coś takiego jak elegancki, acz bezpodstawny foch.
     Zamrugałam do stojącego bokiem Logana. I jego fryzurze nie przeszkadzała woda, pod którą się znajdowaliśmy. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, pstryknęłam palcami w celu ubrania go w czarną, skórzaną kurtkę i bardziej pasujące do niej spodnie. Biały zaczynał mnie dobijać.
- Nie lubię zapachu pianki do włosów – rzucił, wzruszając ramionami. – Nie wiem, jak możecie tego używać. Tylko włosy wam się od niej kleją i przetłuszczają, a potem marudzicie, że nikt was nie chce.
- Moją fryzurę trzyma nierzeczywistość i nierealność, nie jakaś pianka – prychnęłam. – A ten zapach to wodorosty. Chyba powinnam się obrazić.
- Nie zdziwiłbym się, gdyby tak się stało – prychnął, ale nie wiem, czy się przy tym uśmiechnął.
     Spojrzałam w górę. Nie w niebo, bo w moim położeniu stwierdzenie to nie miałoby najmniejszego sensu. Załóżmy więc, że patrzyłam tam, skąd dochodziło do mnie słońce.
- Powiedz mi o czymś, Logan – poprosiłam bardziej twierdząco niż pytająco, o ile w ogóle tak można.
- Twoim nauczycielem jest James, to jego powinnaś pytać – odpowiedział mi. Przez moje serce przebita została strzała sugerująca mi, że jest to rodzaj reakcji obronnej z jego strony. Tak, jakby wiedział, domyślał się, przeczuwał… Jakby znał ludzi lepiej, niż ja. Potrząsnęłam głową.
- Ale masz obowiązek spełniania moich rozkazów, czyż nie? – odchrząknęłam, podnosząc oczy. Wyobraziłam sobie, że jego są czerwone. I były.
- Mam – przytaknął odpowiedzialnie. Wciąż stał z rękami w kieszeni i w rozkroku, ale już nie bokiem, tylko przodem do mnie.
     Westchnęłam. Znów miałam na sobie wysokie szpilki, tym razem jednak w kolorze czerwonym. Nie mogłam być niższa od mojego rozmówcy, to nie w moim stylu. Zrobiłam uzasadniony krok w jego stronę.
- Powiedz mi, czego z ludzkich rzeczy chciałbyś się nauczyć? – spytałam, puszczając ustami kilka bąbelków. Woda wypełniająca moje płuca łaskotała mnie od środka.
- Anioły potrafią wszystko – odparł jakby beznamiętnie. – Przecież wiesz.
- Ale teoria to nie to samo co praktyka – uniosłam palec w górę w celu podkreślenia ważności wypowiadanych przez siebie słów. – Może i wiesz, że coś umiesz, ale nigdy się o tym nie przekonałeś.
- Nawet nie wiesz, jak zazdroszczę ci, że możesz czegoś nie potrafić – rzucił ostro, chyba trochę zbyt ostro, bo zaraz opuścił głowę. Kadencja i antykadencja jego głosu sama musiała go zaskoczyć. – Przepraszam.
- To jest coś takiego? – wierciłam dalej, ignorując jego ostatnią wypowiedź, która wbrew pozorom dała mi wiele do myślenia.
     Logan uśmiechnął się nieznacznie, patrząc na jednego z wodorostowych kolosów. Wyglądał, jakby uwierzył w coś, o czym sam jeszcze nie wiedział. W jakąś pestkę, która mimo zjedzenia owocu pozostaje nienaruszona. To mogło być cokolwiek.
- Jest – przyznał się wreszcie, nieco bardziej opanowany. Utkwiwszy wzrokiem w jednym z moich odstających loków wydawał się być lżejszy, jakkolwiek to nie brzmi.
- Co to jest? – grzebiąc obcasem w piasku dałam mu znak, że oczekuję szybkiej odpowiedzi, w przeciwnym wypadku wymyślę magiczny długopis, który urzeczywistnia wszystko, co się nim tworzy i narysuję mu na czole męskiego członka. Anioł zakrył twarz dłońmi, by ukryć swoją niepohamowaną chęć wybuchnięcia śmiechem. Moja presja chyba nie działała na niego korzystnie.
- Chciałbym wiedzieć, że umiem tańczyć – odpowiedział wreszcie, opuszczając ręce i patrząc mi perfidnie w oczy. W tą głębię, którą tylko duchy mogą zobaczyć.
     Bez namysłu wyciągnęłam ku niemu otwartą dłoń, której ten jednak nie chwycił.
- Bez muzyki nie da się tańczyć – stwierdził. Pokręciłam drwiąco głową, wyśmiewając tym samym jego brak wyobraźni. Widać, że trzymał się schematów, które były zbyt sztywne, bo cokolwiek pojąć.
- To widocznie nie jesteś taki dobry jak uważasz – rzuciłam złośliwie. – Nie wiesz wszystkiego o ludziach.
- Nie o to chodzi – spoważniał. – Po prostu ja chcę poczuć, że tańczę. Muszę wiedzieć, że to robię. A skoro nie mogę nawet poczuć dotyku twojej skóry, to nie ma sensu próbować. Nie opłaca się toczyć głazu na szczyt, którego nie ma.
- Ciota.
     Zamknęłam oczy i zacisnęłam zęby, skupiając wokół siebie całą moc, jaką byłam w stanie pochłonąć z otoczenia. Wiedziałam, że w jego sytuacji nie sprawdzi się metoda, której użyłam z Jamesem i Kendallem, musiałam myśleć odwrotnie. Może nie wie wszystkiego, ale jest bardziej wyczulony na błędne ruchy. Miał jednak jeden słaby punkt, w który właśnie zaczęłam celować. Napięłam cięciwę łuku i od puszczenia jej dzieliły mnie już tylko chwile…
     Jego dłoń zadrżała w mojej. Nawet nie wiem, jakim cudem się tam znalazła, bo przecież nie chciał mi jej podać. Uniosłam powieki i ku mojemu zaskoczeniu Logan wyglądał na zadowolonego, żeby nie powiedzieć - szczęśliwego. Spytał szeptem, jak powinien ustawić dłonie. To, że o coś mnie pytał było najlepszym dowodem na to, iż znów mi się udało. Nie musiał zadawać pytań typu: „A dlaczego tak? Jak to?” – on to po prostu wiedział.
- Prawą dłoń połóż mi na biodrze – poleciłam. – A lewą rozłóż tak, bym mogła położyć na niej swoją prawą. O, właśnie tak.
     Przez chwilę myślałam, że to ja będę musiała prowadzić go w tańcu, jednak nim zdążyłam westchnąć, jego nogi same zaczęły nas kierować. Obniżyłam myślą swoje obcasy, by być z nim na równi. Może to i śmieszne, ale nigdy wcześniej nie tańczyłam w wodzie bez uwzględnienia oporów cieczy. Ba, z pewnością nikt nigdy tak nie tańczył. Mimo, iż nie słyszeliśmy żadnej muzyki, poruszaliśmy się po dnie wśród wodorostów i luster światła w stałym rytmie, coś na wzór przebojów Boyzone z tego filmu, który nieustannie oglądała moja mama. Logan nie wydawał się być ani trochę skrępowany: obracał mną, czasem unosił, prowadził ku głębszym wodom zgodnie z kierunkiem prądu. A kiedy zachwiałam się na drobnym kamieniu, złapał mnie, nim zdążyłam pomyśleć o tym, że upadam. Przycisnął mnie mocniej, by jeszcze bardziej poczuć siłę mojego daru. Chyba spodobał mu się dotyk.
     Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że wszystko jest w porządku; że jakaś para tańczy sobie bez muzyki na samym dnie przejrzystego jeziora w środku nocy przepełnionej słońcem (to takie normalnie, nie?). Ale w rzeczywistości nic nie było na swoim miejscu. Znów pojawiły się wyrzuty sumienia, znów czułam to kłucie w dole serca. Musiałam być czystym diabłem, skoro udało mi się oszukać już trzeciego anioła.
     Mój chwyt polegał na wysnuciu tylko jednego filozoficznego wywodu - Logan rozumiał mechanizm pracy umysłu człowieka, ale nie kobiety. Kobieta nie jest bowiem człowiekiem, nie zachowuje się jak schemat, nie ma wyznaczonych granic bytu, nie dane jest komukolwiek przewidzieć jej zachowania, odpowiedzi, użytego słowa. Wymknęłam się z kleszczy, których tak naprawdę nigdy nie było, a to żadna sztuka. Żadna.
     Zamrugałam szybko, kiedy zatrzymał się na środku podwodnej pustyni. W pobliżu bowiem nie było już żadnych roślin: wyszliśmy poza teren przeze mnie zabudowany. Pochyliłam głowę w tył, by mógł zauważyć to, co miałam mu do pokazania. Udało mi się bez większego problemu. Logan położył mi dłoń na policzku tak delikatnie, jakby bał się, że może mnie nią niechcący zabić. Otworzył usta w wyrazie głębokiego zdziwienia.
- Ty masz złote oczy – powiedział szeptem, jakby to był fenomen nie do wyjaśnienia i tajemnica, którą należy zachować. – Masz śliczne, złote oczy. To nienaturalne, żeby mieć złote oczy.
- Jakbyś wrąbał tyle powtórzeń w jednym akapicie wypracowania na angielskim, dostałbyś po uszach – machnęłabym z chęcią ręką, jednak ramię Logana zablokowało mi możliwość jakiegokolwiek ruchu. Był o wiele silniejszy niż Kendall i o wiele delikatniejszy zarazem, bardziej niż James. W dodatku uśmiechnął się tak, jak po raz ostatni zrobił to Jeremy, kiedy rozstaliśmy się pod moją szkołą językową. Ja poszłam na hiszpański, on na trening. Nasze rozstanie miało trwać cztery godziny, mniej więcej do wieczora. A Logan miał taką samą linię zgryzu.
     Chciałam tańczyć, ale on mi nie pozwolił. Wpatrywał się w moje oczy jak zaklęty, z kamienną twarzą i miedzianym blaskiem na rzęsach. Coś było nie tak, a w moim przypadku każde odbiegnięcie od scenariusza mogło skończyć się tragicznie.
- Co jest? – spytałam, marszcząc czoło. Starałam się sprawiać pozory bezinteresowności.
- Czy ludzie potrafią dotrzymać tajemnicy? – przekrzywił głowę jak szukająca w zbożu myszy sowa. Poczułam się nieswojo, bo to nie on był tu od zadawania pytań. Przecież on powinien to wszystko wiedzieć. Faktycznie, zdecydowanie coś było nie tak.
- Oczywiście, że nie – odpowiedziałam. Dopiero teraz zorientowałam się, że nie ściągnął dłoni z mojego policzka ani na chwilę. – Ludzie są fałszywi, nie można im ufać.
- A upaść byś nie chciała?
     Przełknęłam ślinę. Miałam wrażenie, że jestem kartką, na której wszystko jest wypisane. Mimo zablokowanych myśli obawiałam się, że zaraz ściągnę maskę, co byłoby czymś najgorszym z możliwych. O ile już tego nie zrobiłam.
- Dlaczego pytasz mnie o takie rzeczy…? – szepnęłam drżącym głosem. Moje gardło było przebite pilnikiem do paznokci.
- Czuję, że się boisz, czuję, że mnie obejmujesz, czuję, że masz piękne oczy – rzucił kompletnie bez sensu, czym jeszcze bardziej mnie przestraszył. – Czucie w skórze jest cudowne, Invisible.
     W jednej chwili wszystko stało się jasne: Logan nie umiał poruszać się w ludzkiej skórze i zbyt mocno chciał przeżyć tę chwilę, którą mu bezpodstawnie podarowałam. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby zadać sobie ból. Wiedziałam, że w ciągu tych paru świetlnych minut jest w stu procentach człowieczy, przez co może zrobić sobie krzywdę… Na tę operację zużyłam całą swoją energię, więc nie pozostało mi nic innego, jak wierzyć w cud. Sytuacja jeszcze bardziej wymknęła mi się spod kontroli, kiedy musiałam skupić się na tym, by nie wymyślić tu niczego innego, co Logan mógłby wykorzystać. Wiecie, jak trudno jest o niczym nie myśleć?
- Jak się zabija to boli? – spytał jak psychopata, który nie ma pojęcia, o czym mówi. Jego głos był pusty i mechaniczny, jakby wydany przez niedopracowanego robota, który w dodatku nie ma poczucia humoru.
- Logan, nie chcesz chyba… - jęknęłam mając wrażenie, że jego uścisk słabnie.
- Proszę, nie męcz mnie, pozwól mi, całą anielską kadencję na to czekam – rzucił jeszcze bardziej chaotycznie, puszczając mój policzek i depcząc nerwowo znajdujące się pod nami drobne wodorosty. Gdybym wiedziała, że zareaguje inaczej niż chłopcy…
- Jesteś w euforii i nie wiesz, co robisz! – krzyknęłam, zakrywając usta dłonią.
     Odbiłam się od dna i zaczęłam płynąć za nim, gdy ten rzucił się do biegu. Na całe szczęście miał ludzkie ciało, które na ten moment było niedoskonałe, przez co bez problemu mogłam frunąć przy jego boku.
- Logan! – warknęłam widząc, że unosi dłonie ku twarzy z zamiarem wydłubania sobie oczu. Z szybkością myśli nakazałam jego nadgarstkom skamienieć, przez co zastygł z pięściami w górze.
- Przestań – syknął wściekle. – Daj mi choć raz zaznać człowieczeństwa!
- Bycie człowiekiem nie polega na masochizmie! – broniłam go tym razem przed nim samym. Unosiłam się nieco ponad dnem, mając obojczyk na wysokości jego czoła. Ugięłam kolana.
- Ale ludzie się zabijają, jest pełno krwi i mięsa! – ciągnął dalej, a ja miałam wrażenie, że moje niewidzialne kajdanki zaraz pękną. Gniew dał mu mnóstwo siły, której się bałam. A zęby miał tak zaciśnięte, jakby był chory na umyśle. – Znam ludzi, wiem o nich wiele, to zabójcy! Sama potwierdziłaś, że nie można im ufać, to hieny!
- Większość tak, nie zaprzeczę – przytaknęłam nerwowo głosem dyplomaty. – Ale ludzie a Ludzie to ogromna różnica! Ludzie pisani z dużej litery nie chcą się bić! Nie chcą krwi, śmierci i cywilizacji!
- To jak mam poczuć, że jestem człowiekiem?! – Logan cały drżał, kiedy wypowiadał te słowa. – Chcę czuć całym sobą, że chwila jest ulotna!
- Upadniesz!
- Chcę upaść!
     W pośpiechu wymyśliłam mu byle jaki krawat, który w mgnienia oka zawisł na jego szyi. Nieistotne było to, że pasował mu do stroju jak żelowe tipsy do dresów. Pociągnęłam go szybko za niego w górę, by ten odbił się od piaskowego podłoża i znalazł się wraz ze mną ponad tą całą wodną roślinnością. Korzystając z jego chwilowej dezorientacji usunęłam niewidzialne blokady z jego nadgarstków i złapawszy za fałdy materiału kurtki na barkach przyciągnęłam go do siebie w nadziei, że mój tok rozumowania ma inny kolor niż moje naturalne włosy. Puściłam cięciwę łuku, o którym wcześniej wspomniałam, a teraz patrzyłam, czy trafię do celu.
     Szkoda, że nie byłam zawodowym graczem w d’arta, bo trafiłam bezbłędnie. W strachu o jego własne życie nie doszukiwałam się samarytańskiego zachowania, ale mimo wszystko kiedy poczułam zarys jego ust na swoich własnych, wiedziałam, że to swojego rodzaju zbawienie. W pierwszej chwili rozłożył ręce nie wiedząc, co się dzieje, jednak szybko zauważył, że to mu się podoba. Obejmując mnie w pasie przyciągnął moje unoszące się w wodzie ciało do siebie i położył swoją dłoń na moim karku. Postanowiłam, że nie będę się z niczym wychylać, a jedynie poddam jego ruchom. Skoro umiał prowadzić w tańcu, to i w tym sobie poradzi.
     Kiedy z każdą chwilą zaczynał stosować teorię swojej wiedzy w praktyce, mnie nie mógł opuścić szok, który wywołało jego zachowanie. Całując go nie tylko pokazałam mu drogę do chwilowego szczęścia, ale przede wszystkim uratowałam mu życie. Nie mogłam pojąć, jakim cudem tego nie przewidziałam… Ręce trzęsły mi się, kiedy przycisnęłam je do serca, jednak kilka sekund później zostały one przygniecione przez klatkę piersiową Logana, który chciał znaleźć się tak blisko mnie, by jak najmocniej poczuć, że czuje. Nie miałam mu tego za złe. A ja po raz pierwszy nie czułam się czemuś winna.
     Był delikatny jak nikt inny. Chyba wiedział, że bez problemu mógłby zrobić mi krzywdę. A może po prostu wiedział, jak postępować ze mną w praktyce? Zaprogramowane miał przecież reakcje, których powinien oczekiwać. Przytuliłam się do niego, nie odrywając jednak swoich ust od jego ciągle uczących się mnie na pamięć warg. Woda ostatecznie zaczęła psuć mi fryzurę, bo na moment zapomniałam o tym, by non stop żądać jej idealności. Byłam zbyt zajęta ratowaniem Loganowi życia.
     Wreszcie przestał mnie całować, ale nie pozwolił, by nasze czoła przestały się o siebie nawzajem opierać. Dyszał ciężko, lecz bezgłośnie. A jego mina była nieadekwatna do czegokolwiek. Był dziwnie spokojny. Chyba niczego nie żałował.
- Upadłem – stwierdził z dziecięcą radością, głaszcząc mnie po szyi.
- Biała próżnia – wyszeptałam mu do ucha.
     Wypłynął mi z ramion szybciej niż gaszone światło. Na wszelki wypadek zamknęłam oczy, by nie widzieć tego, jak reaguje na moje odesłanie. Musiałam to zrobić – tam nic mu nie groziło. Poza tym lada chwila moja moc miała przestać działać, a Logan na powrót stać się aniołem i niczego z tego zajścia nie pamiętać. Musiałam chronić go przed samym sobą, a tylko tam był bezpieczny.
     Opadłam na dno, ocierając zmęczonymi kolanami o żwir zmieszany z piaskiem. Uniosłam ręce w górę i zaczęłam wpatrywać się w swoje drżące palce. Nie minęła świetlna sekunda, a już drapałam się nimi po twarzy, krzycząc jak opętana przez demony. Zalałam się łzami niemocy i podłości, którą sama sobie wytworzyłam. Było mi wstyd za to, kim jestem i wypluwałam wszystkie swoje żale na ziemię. Sukienka wreszcie zamokła, makijaż rozmazał, fryzura rozwaliła, a ja wyglądałam jak zwykła dziewczyna, którą ktoś wrzucił do jeziora. Z tą różnica, że oddychałam pod wodą i nie dotyczyły mnie opory praw fizyki. Świadoma, że uratowałam Logana ze względu na strach o jego życie działała na mnie dołująco. To miał być plan, a wyszło, jak wyszło. Zamiast być zimna i okrutna, byłam… dobra. Ja. Dobra jestem.
     Zawodziłam żałośnie nawet wówczas, gdy na fragmencie piasku przed moimi oczami pojawiła się para białych trampek. Westchnęłam rzewnie, klęcząc nieustannie i jakby nie zdając sobie sprawy ze zmiany stanu personalnego mojego najbliższego otoczenia. Mówiąc mniej naukowo: miałam w dupie fakt, że nie jestem tu sama.
- Mam dość – rzuciłam w  krótkiej chwili przerwy między histerycznymi atakami płaczu.
- Dzielna jesteś, podziwiam cię – Carlos pochylił się nade mną i kucnął na jednym kolanie przy moim boku, by móc pogłaskać mnie pocieszająco po karku. – Daleko doszłaś. W sumie, to już prawie koniec.
- Robię to wszystko dla Jeremy’ego – dodałam bez sensu, jakby o tym nie wiedział. Próbowałam zapewnić samą siebie, że to, co robię, jest choć trochę ludzkie.
- Dasz radę, wierzę w ciebie – zapewnił mnie, nie przestając gładzić mich mokrych włosów. – Przed tobą już tylko jedno do zrobienia.
- Mówiłeś, że to może nie podziałać – zmieniłam temat, unosząc czarne od rozmytego tuszu powieki. Wyglądałam jak rozkładające się zwłoki wrzucone do oceanu. – Że mimo całego mojego trudu mogę w ogóle nie zobaczyć Jeremy’ego.
- To zależy od tego, ile będzie czasu – odparł, nie kryjąc czegoś w rodzaju smutku, choć wciąż mechanizm jego psychiki był jedynie programem, bo nie przekazałam mu ani kropli swojej mocy. – Może zobaczysz się z nim na godzinę, może na minutę, a może nie zobaczysz go wcale.
- Chcę mu tylko powiedzieć, że go kocham, a potem niech się dzieje co chce – pociągnęłam nosem.
     Carlos zamilkł, budując tym samym atmosferę grozy i tajemniczym przed pytaniem, które miał mi lada chwila zadać. Przygryzł dolną wargę.
- I co potem? – szepnął, jakby sam bał się tej myśli. Ale ja nie miałam siły na zrobienie czegokolwiek, co odpowiadałoby mojemu obecnemu stanowi. Po prostu wzruszyłam ramionami.
- Nie wiem – pokręciłam głową. – Nie wiem. Mówiłeś, że zawali się niebo.
- I zawali – dodał bez entuzjazmu. – Dla chwili twojej słabości znikną wszyscy. Zniknę ja, znikniesz ty, zniknie On. Wszyscy umrą.
- On? – spytałam, przestając na chwilę płakać. Zaintrygował mnie akcent, jaki nałożył na te dwie zlepione ze sobą litery. To było coś ze sfery sacrum, bo w jego głosie słychać było ogromny szacunek. Tym razem to on spuścił głowę. Najwyraźniej nie chciał udzielić mi żadnej odpowiedzi.
- Odpocznij – rzucił, wstając i oddalając się na odległość około pół kroku. – Czeka cię jeszcze ostatni etap. Kiedy zdecydujesz się mi zapłacić, postaw w swojej głowie śnieżycę, a przyjdę. To będzie taki nasz umowny znak. Dobrze?
- Zgoda – było mi wszystko jedno. Zwinęłam się w kulkę i czekałam, aż mój rozmówca całkiem odejdzie. Nie miałam póki co siły, by iść dalej. Transfer mocy w żyły Logana kosztował mnie zbyt wiele energii.
     Leżąc samotnie na dnie jeziora zaczęłam zastanawiać się nad istotą przemijania. Wyobraziłam sobie nawet moje ostatnie spotkanie z Jeremy’m – byłam ciekawa, jak też ono będzie wyglądać. Czy się wystraszy, czy mnie przytuli, czy nadal mnie kocha tak, jak ja kocham jego. Zamknęłam oczy i zażądałam, by w mojej głowie natychmiast pojawiła się transmisja z dołu. Uspokoiłam się, gdy przywitał mnie melancholijny widok szatyna przytulającego się do mojej nieruchomej dłoni. Spał spokojnie, wyraźnie zmęczony czekaniem. Podziwiałam go, że przychodził do mnie już kolejny miesiąc wierząc, że w końcu otworzę oczy. To takie romantyczne. Szkoda tylko, że nie miał pojęcia o tym, jak bardzo jest mi bez niego ciężko.
     Zaczęłam płynąć ku powierzchni, by przygotować się do ostatniego z kroków. Jeszcze wówczas nie wiedziałam, że od śmierci cięższe jest jedynie życie. Powąchałam kilka róż, po czym wyciągnęłam rękę ku górze: tam, gdzie mimo nocy znajdowało się słońce.

Ludzie są jak ziemniaki – jak je zjesz, to umrą

Rozdział 8

     Okres, w którym jesteśmy dziećmi jest zazwyczaj tym najcudowniejszym, jakiego doświadczamy. Kiedy kończy się dzieciństwo – kończy się życie. No bo co nam po tym, że biegamy w tę i z powrotem i nie mamy czasu nawet usiąść? A kiedy już usiądziemy, to najczęściej już nie wstajemy. Tęsknię za tymi czasami, kiedy słowo „dupa” było najcięższym przekleństwem, nie martwiliśmy się o swoje figury, za wejście na stronę dla dorosłych groziło więzienie i przyjeżdżała policja, największym dylematem poranka nie było wstać czy nie wstać, a na jaki prezent naciągnąć rodziców. Największą zbrodnią tych czasów było wrzucenie w kościele pięciodolarówek z chipsów do tacy na jałmużnę. Pamiętam nawet taką sytuację: wraz z Lovely podeszłyśmy do puszki na datki dla ubogich i wrzuciłyśmy do niej nasze fałszywki. Prawdziwe pieniądze wydałyśmy na słodycze: moja przyjaciółka opychała się czekoladą i cukierkami z galaretką, ja zaś wciskałam w siebie tyle słonych paluszków, ile sama ważyłam. Całą sytuację podpatrzyła jedna ze starszych pań – jak się później okazało, była to sąsiadka Lovely. Nigdy nie zapomnę tego, jak goniła nas między ławkami i urządziła sobie slalom między wiernymi. Zabawne doświadczenie.
     Rozejrzałam się dookoła w niepewności. Wokół mnie unosiła się gęsta jak budyń mgła, przez którą praktycznie nic nie widziałam. Wymalowana w barwy wojenne, ubrana w bluzkę na ramiączkach moro, bojówki i glany poprawiłam spoczywający na moich plecach karabin. Zrobiłam parę kroków ku uskokowi, by upaść na brzuch i przeczołgać się przez spory kawałek w kierunku skały. Ze zmrużonymi oczami dałam znak, że droga jest wolna. Utkwiwszy swój wzrok w bezdennej przepaści ocierałam czoło z niewidzialnego potu. Podparta na łokciach czekałam, aż mój towarzysz wreszcie się przy mnie pojawi.
- Czy to naprawdę konieczne? – mruknął marudnym głosem Kendall, usadawiając się obok mnie. – Chyba wolałem być ubrany na biało. W tym jest mi nieswojo.
- Rozglądaj się, czy nikogo tu nie ma – poleciłam mu, ściągając z głowy brudny od błota kask, na którym znalazło się parę drobnych gałązek. Musiałam o nie zaczepić podczas ucieczki przez chaszcze.
- Ale doskonale wiesz, że jesteśmy tu sami – mój anioł w stroju moro i w czarnym bezrękawniku wydawał się być lekko znudzony.
- I tym samym psujesz w sobie człowieczą iskrę – burknęłam. – Człowiek ma wyobraźnię. Wyobraź sobie, że jest z nami ktoś, kto nam zagraża.
- Ale ja nie potrafię, Invisible.
- Skup się. Mieliśmy szukać Empireum.
     Według nauk Jamesa, Empireum było miejscem stanowiącym mieszkanie Boga. Nikt nie miał tam wstępu, ale to nie miało żadnego znaczenia: i tak nikt nie mógł go znaleźć. Było ukryte lepiej niż klucze, których potrzebuję zawsze wtedy, gdy gdzieś się spieszę. Na ogół wydawałoby się to bez sensu, jednak o moje działania oparty był plan. Plan, który piekł, raził, parzył, swędział i krzyczał mi do ucha, że mnie zabije.
     Poczułam chłód. Kendall dotknął niechcący mojego ramienia, gdy próbował zmienić swoją pozycję na nieco wygodniejszą.
- Nie znajdziesz Szefa – rzucił. – Prędzej to on znajdzie ciebie.
- Zamilcz Kendall, albo powiedz coś nie składniowego.
- W jakim sensie? – spytał zdziwiony, podpierając się tylko na lewym przedramieniu.
- Coś bez sensu – wyjaśniłam z wyższością. – Rzuć w moją stronę ciąg słów, który przyjdzie ci na myśl, a ja ci go zinterpretuję. To jest fajne.
     Kendall poprawił gałęzie na swoim kasku, by wyglądać bardziej niepodlegle. Podrapał się za uchem i odchrząknął. Zapewne zastanawiał się, po co mi to wszystko. Biedny anioł.
- Zielony rower cyganka kompot jest żółty nie do wiary śmieję się chyba bardzo mięsny potwór ty – wyrzucił z siebie na jednym wdechu. Moje oczy urosły do rozmiarów piłek do tenisa, a towarzyszący mi duch wyglądał na zakłopotanego i zmieszanego. – Przepraszam.
     Nie mogłam już dłużej. Wybuchłam mu w twarz śmiechem tak potężnym, że gdybyśmy znajdowali się na prawdziwym poligonie, to rozbroiłabym nim wszystkie bomby, samoloty zaczęłyby spadać, a grochówka w stołówce przypalać. Skuliłam się aż za swoim fragmentem skały i położyłam na plecach, o mało nie odpalając pocisku ze swojego karabinu.
- To było tak bez sensu, że aż genialne! – odkrzyknęłam, szczerząc się do niego jak komornik sądowy do tej głupiej sąsiadki z domu szeregowego naprzeciwko. Swoją drogą, dobrze jej tak.
- Nie widzę w tym cienia genialności – prychnął Kendall, choć w głębi duszy miałam wrażenie, że nic nie rozumie.
- Lubię, kiedy coś jest bez sensu – westchnęłam w końcu, uśmiech jednak nie schodził mi z twarzy. – To takie ludzkie.
- Powinienem więc czuć radość i satysfakcję płynące z tego czynu, prawda? – spytał, przyciskając swój karabin do piersi tak mocno, że omal go nie zmiażdżył. – Nie umiem być nawet smutny z tego powodu.
     To był najlepszy czas, by wykonać kolejny ruch pionkiem. Ułożywszy się wygodnie na chmurze włożyłam ręce pod głowę tak, jakbym rozkładała się na plaży. Przygryzając źdźbło zielonej trawy zamknęłam oczy i skrzyżowałam nogi w kolanach. Moje płuca wypełniły się kwiatowym powietrzem, a każda z komórek mojego mózgu skupiła się na osiągnięciu jednego celu. Przygryzłam nawet dolną wargę, by nadać mojej pozie więcej wizualności. Czułam, jak robi mi się gorąco i wiedziałam, że to dobry znak. Przez chwilę zapomniałam o tym, po co to wszystko robię: chyba naprawdę chciałam mu pomóc. Nie można być przecież aż tak złym człowiekiem. Choć zło zawarte jest już w samej definicji mojej rasy…
     Usiadłam nagle, w tym samym czasie otwierając oczy. Spojrzałam w stronę klęczącego przy mnie Kendalla ze smugami rozmazanego błota na swojej twarzy: jego tęczówki stały się jakby niebieskie, a wargi wykrzywione były w grymasie niedowierzania. Czuł, że coś się zmieniło – nie wiedział jednak co takiego. Niczym Jezus oglądający stygmaty spojrzał na swoje ręce, które drżały jak na mrozie, choć wokół nas było ciepło.
- To dziwne – szepnął jakby do siebie, oglądając uważnie swoje palce. – Mam wrażenie, że…
- Dotknij mnie – poprosiłam z uśmiechem na fałszywych ustach.
     Blond anioł wyciągnął ku mnie niepewną rękę. Kiedy poczuł, że moja skóra jest ciepła, odskoczył jak oparzony. Ale jakże szczęśliwy.
- Invisible! – krzyknął, łapiąc się w euforii za serce. – To niesamowite! Przecież ja wszystko czuję, ja wiem, ja… ja nie wiem, co powiedzieć.
- Ludzie w takich chwilach dziękują – machnęłam ręką, jakby to był z mojej strony jakiś drobiazg. Miałam nadzieję, że nie widać po mnie, jak wiele energii i mocy mnie to wszystko kosztuje.
- A powiedz mi – zwrócił się do mnie jak do specjalisty, siadając tuż przy moim boku i prezentując swoje ciężkie, wojskowe obuwie w kolorze upadłego anioła. – Co to znaczy, kiedy chce się wyryć na drzewie czyjeś imię? Kiedy czujesz taką potrzebę? Nurtuje mnie to.
     Tak jest, działa, pomyślałam z radością. Wszystko szło zgodnie z planem. Wiedziałam, że mam mało czasu, bo za kilka minut wszystko miało powrócić do normy, a Kendall niczego nie pamiętać.
- To zależy od imienia – wzruszyłam ramionami, wyprostowując nogi w kolanach. – Jeśli to imię męskie, to masz problem. A jeśli żeńskie, to znaczy, że koniecznie chcesz zostawić gdzieś ślad po tej osobie. Że kiedy już jej nie będzie, będziesz mógł spojrzeć na to imię wyryte w korze i rozpłaczesz się, dziękując jej za to, że w ogóle istniała.
- A jeśli przy tym ryciu imienia koniecznie chce się skaleczyć w palec? – spytał, co mnie z kolei wybiło z rytmu. – To dziwne?
- To znaczy, że jesteś masochistą – oznajmiłam po profesorsku. – Albo, że bardzo chcesz poczuć, że żyjesz. Że czujesz. A to już takie dziwne nie jest.
     Jego uśmiech był tak piękny, że z nagła poczułam wyrzuty sumienia, które – miałam nadzieję – że już się nie pojawią. Wiedziałam, że z jednej strony robię coś dobrego, z drugiej jednak miałam tę świadomość, iż zachowuję się podle. Kiedy jednak Kendall położył mi swoją dłoń na policzku, sama chciałam przysunąć się bliżej niego. Anioły, które czują, tracą wyczucie grzechu i robią to, co dyktuje im ich ludzkie ciało. Najgorsze było to, że nie chciałam, by było inaczej.
     To był moment w czasie. Bez zastanowienia wyrzuciłam ramiona w kierunku tułowia Kendalla zapominając, że mimo wszystko jego nos wygląda jak miska do moczenia świńskich mózgów w rzeźni. Przytuliłam się do niego wiedząc, że innej drogi nie ma. Kask zleciał mu z głowy na leżący za jego plecami kamień, a moje włosy zaczęły wplątywać się w jego kościste palce. A może było na odwrót? Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Miałam wrażenie, że nie tylko duchy tracą nad sobą kontrolę, ale ja również. Zaplótłszy własne nogi wokół jego żeber, ścisnęłam mu szyję własnymi ramionami zapominając, że to ja jestem tutaj tą złą. Chciałam poczuć oddech anioła i chyba to mnie zgubiło… Jego usta były takie cudowne, wspaniałe, popękane, a jednocześnie gładkie, nie do opisania. Moje palce zaczęły miętosić materiał jego przepoconego podkoszulka, a usta nie przestawały brać więcej. Położył dłoń na mojej potylicy, bym za żadne skarby nie wyrwała się z jego uścisku.
     I nagle wszystko zaczęło tracić sens. Słyszałam, że ktoś nadchodzi.
- Odejdź stąd! – wymamrotałam z trudem spomiędzy plątaniny naszych warg. – Odejdź Kendall jak najdalej, szybko!
     Jakimś cudem udało mi się unieść palec w górę i zażądać jego powrotu do białej próżni. Kiedy odchodził, w jego oczach widziałam błyszczące znaki zapytania, na które nie mogłam patrzeć. Odwróciłam głowę i czekałam, aż całkiem odejdzie. Miałam wrażenie, że jeszcze wyciąga rękę, by mnie chwycić i zabrać ze sobą… Zniknął, nim zdążyłam otworzyć oczy. Rozkraczona złapałam się za serce, dławiąc przy tym powietrzem i własnym bólem. Po raz pierwszy zadałam sobie pytanie: czy to, co robię jest tego wszystkiego warte? Czy opłaca mi się upadać nie mając pewności, że ostatecznie się podniosę? Czy warto jest wypuszczać powietrze z płuc nie wiedząc, jak daleko mamy do powierzchni?
     Przycisnęłam twarz do ziemi, trzymając się za gardło. Usłyszałam skrzypnięcie kolan Carlosa, który przykucał właśnie przy mojej głowie z proroczymi dołkami na policzkach. Miałam przed oczyma jego białe buty.
- Jestem anielską dziwką – wydusiłam, nie próbując nawet się podnieść. – Czy to choć trochę lepsze od tej ludzkiej?
- To normalne, że jak się tyle ze sobą przebywa i rozmawia się na wszystkie tematy, to jest się zakochanym – miałam nieodparte wrażenie, że jakaś jego część stara się mnie bezpodstawnie usprawiedliwiać. – Dlatego właśnie Bóg nie daje nam uczuć. Lepiej jest być skałą, jeśli ma się takie zadanie jak my.
- Ale to ty kazałeś mi to wszystko robić – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. – Mówiłeś, że to jedyna droga, by pożegnać się z Jeremy’m…
- I nie kłamałem – szepnął, gładząc mnie po włosach. – Przecież wiesz, że nie ma zbrodni bez kary.
- Jestem już za połową. Czy to wszystko jest tego warte?
- Na to pytanie tylko ty znasz odpowiedź – odpowiedział tak spokojnie, że zaczęłam się bać. – Kochasz Jeremy’ego, robisz to ze względu na niego. Na twoim miejscu nie stawałbym. Nie z twoim charakterem, Invisible.
- Ale James i Kendall…
- Oni już upadli – wykrztusił z czymś w rodzaju nieuzasadnionej skruchy. – Kobieta jest tą jedyną siłą, przez którą anioł może upaść.
- Pozostał jeszcze Logan… - przypomniałam mu cicho. Nadal nie oderwałam twarzy od chmury pełnej lepiącego się żwiru, która stanowiła moje podłoże.
- Z Loganem musisz postąpić inaczej, bo jako jedyny zna mechanizm działania ludzkiej psychiki – podpowiedział mi do ucha jakby w nadziei, że jeszcze się podniosę. Na próżno. – Jemu najtrudniej będzie upaść, ostrzegam cię.
- Czy Kendall i James już niczego nie pamiętają? – spytałam, nieco oderwana od rzeczywistości. Och, jak to słowo dziwnie brzmiało w tej sytuacji…
- Tak – odpowiedział. – I przez myśl im nawet nie przejdzie, że taka sytuacja miała miejsce.
     Nie wiedzieć czemu przed oczami stanął mi obraz, który ostatnimi czasy próbowałam od siebie odpędzić: uśmiechnięta twarz Jeremy’ego biegnącego z piłką ku bramce w tym swoim błękitnym stroju nie dawała mi spokoju. Skoro i on tak ciężko walczył o zwycięstwo, to może ja też powinnam wstać i iść dalej wierząc, że upadłe duchy wracają do domu? Byłby ze mnie dumny wiedząc, jak ciężko walczę. Bałam się jednak spojrzeć w dół: tam, gdzie spoczywało moje przypięte do kilkunastu kabli ciało i dusza, której szczęścia najbardziej pragnęłam. Chciałam dotknąć jego zmęczonych czekaniem włosów i na nowo uwierzyć, że zimne ręce oznaczają gorące od bicia serce.
     Położyłam się wreszcie na brzuchu i odwróciłam twarz w kierunku ramienia Carlosa. Jego oczy wbijały we mnie gwoździe.
- A co, jeśli się nie uda? – spytałam cichutko, nie chcąc wywołać wilka z lasu. Z ust na ziemię ciekła mi strużka śliny.
- Zawali się niebo – odpowiedział spokojnym głosem. Z lekkim uśmiechem po raz ostatni pogłaskał mnie po głowie, po czym rozpłynął się w powietrzu.
     Znów zostawił mnie samą, dryfującą wśród bieli własnej wyobraźni, której na ten moment nie potrafiłam użyć. Zawisła w próżni zastanawiałam się, czy nie zwymiotować – to byłoby takie ludzkie, takie naturalne, takie normalne. A tego mi tutaj najbardziej brakowało.

Ciasteczka o smaku porcelanowej lalki

Rozdział 7

     A mówili, że to ja jestem masochistką. Moja młodsza siostra Pearl miała wiecznie jakieś niezidentyfikowane, bardzo liczne zapasy coli w swojej skrytce na słodycze. Mama nie pozwalała nam pić takich rzeczy przed snem, ale kiedy gasiła już światło w naszym pokoju, ta wyciągała spod poduszki dwie lub trzy puszki i piła do dna, choć po półtorej dawki nie mogła już nic więcej w siebie wmusić. Po pięciu minutach leciała w podskokach do łazienki, by po chwili wrócić i kotłować się w pościeli do późnych godzin nocnych, niekiedy i nawet wczesno porannych. Nie dziwiło mnie to: po takiej dawce kofeiny nie da się szybko zasnąć. Nigdy nie zastanawiałam się głębiej nad tym zachowaniem tłumacząc się, że jest po prostu głupia – w końcu starsze siostry często tak mówią i jeszcze częściej mają do tego podstawy. Dodatkowo próbowałam wmówić sobie, że dzieciaki lubią łamać małe zakazy rodziców: sama byłam kiedyś w jej wieku i wiem, że każdy człowiek przez to przechodzi. Bunt taki. Raz jednak, po powrocie w okolicach północy z randki z Jeremy’m, cała w skowronkach położyłam się w ubraniu i makijażu na swoim łóżku, próbując poddać się marzeniom. Byłam jednak tak zmęczona, że nie byłam w stanie poukładać sobie w głowie ciągu słów wypowiedzianych kilka godzin wcześniej przez mojego już-chłopaka. Ledwie jednak doszłam do pierwszej fazy snu, kiedy otrzeźwiło mnie gwałtownie szurnięcie kołdry dochodzące z łóżka naprzeciwko. Dopiero gdy podniosłam głowę zauważyłam, że na podłodze przy wezgłowiu łóżka Pearl leżą nie dwie, nie trzy, a sześć puszek po coli, w dodatku z dodatkową porcją kofeiny. Moja siostra męczyła się z zaśnięciem, kotłowała się, wyginała nienaturalnie jakby z bólu. Natychmiast zeskoczyłam z łóżka i podeszłam do niej, zgniatając przy okazji jedną z nich. Pochyliłam się nad jej spoconym czołem zapominając o tym, jak bardzo chciało mi się spać. Po raz pierwszy spytałam wtedy, dlaczego to wszystko robi. Odpowiedziała mi dość ambitnie jak na dwunastolatkę: „Najlepsze marzenia człowiek ma tuż przed zaśnięciem, kiedy wymyśla różne historyjki. A kiedy nie mogę zasnąć, mogę marzyć do woli, bo wiszę na granicy snu. To trochę jak samookaleczenie, ale nie żałuję, że to robię. To jest cudowne.” Po tych słowach szybko dopadłam do jej szafki i wypiłam trzy ostatnie puszki coli, które tam znalazłam. Jęczałyśmy później do samego rana, nie mogąc zmrużyć oka mimo tego, iż byłyśmy zmęczone.
     To było najdziwniejsze miejsce, jakie mogłam sobie wymyślić i nie miałam zielonego pojęcia, dlaczego akurat tu przyszłam. Nienawidziłam miejsc, w których jest głośno mimo tego, iż wokół mnie nie ma żywej duszy. Życie toczyło się w swojej pełni, jednak do teraz nie umiem wytłumaczyć, skąd wzięły się te wszystkie dźwięki. Już będąc w wesołym miasteczku twierdziłam, że takie miejsca są straszne i wyglądają jak nawiedzone przez duchy. Dlaczego więc nie poszłam nigdzie indziej, tylko na stadion?
     Rozejrzałam się wokół siebie, kręcąc się i nie mogąc uwierzyć, że uzyskanie takiego efektu jest w ogóle możliwe. Znajdowałam się na samym środku murawy ogromnego boiska do piłki nożnej. Było tak wielkie, że jakieś tam Camp Nou w Hiszpanii czy nawet Koloseum mogłyby się schować. Nieco wyżej niczym rajskie ptaki rozpościerały się trybuny pełne krzeseł we wszystkich kolorach tęczy, choć przeważała wśród nich czerwień. Zewsząd słychać było wuwuzele, piski i niezrozumiałe mi skandowania. Zatrzymałam się na linii dzielącej boisko na połowy i postawiłam nogę na znajdującej się nam piłce. Co prawda miałam na sobie korki i jakieś czerwone piłkarskie getry, jednak reszta mojego stroju nie pasowała do kogoś, kto ma zaraz rozegrać mecz: szare krótkie spodenki, biały T-shirt i apaszka w kwiatki to zupełnie nie ten zestaw. Ze spokojem wsadziłam ręce do kieszeni, po czym zawiesiłam wzrok na lewej części trybun. Dźwięki niewidzialnego tłumu nie ustawały, a ja mimo tego, iż nie wiedziałam, co robić, czułam się wolna. Łapczywie zaczerpnęłam powietrza, by jeszcze bardziej odczuć ciasne szprychy mojej ciasnej klatki. Móc wszystko, a jednocześnie nie móc nic. Zaczynałam się przyzwyczajać.
- Nie lubisz piłki nożnej – dobiegło do mnie zza pleców. Nie musiałam się obracać, by dowiedzieć się, kto to taki. Przymknęłam oczy i zażądałam, by w moją twarz uderzył wiatr. Trybuny również ucichły na mój rozkaz.
- Ale Jeremy ją kocha – westchnęłam.  – Chociaż taki jego kawałek mogę tu mieć. Nie psuj mi tego.
- Nie zamierzam ci niczego psuć – powiedział z wesołością James, który stanął na tej samej linii i również patrzył przed siebie. – Swoją drogą, to nieźle to wszystko urządziłaś. Nawet ławki rezerwowych wymyśliłaś. Brawo.
- Przepraszam – wyparowałam niespodziewanie.
     James wyglądał na zdziwionego. Wpierw obrócił się do mnie samą twarzą, jednak po kilku sekundach świetlnych bez odpowiedzi przeszedł półtorej kroku i stanął naprzeciwko mnie, starając się patrzeć mi w oczy. Miał utrudnione zadanie, gdyż opuściłam wzrok na swoje korki koloru świecącej żarówki.
- Oj, nie każ mi tego powtarzać, nie lubię przyznawać się do błędów – poprosiłam, poprawiając swoją apaszkę.
- Jestem aniołem, a nie wiem, o co ci chodzi – rzekł. – To dziwne uczucie.
- Nigdy nikt cię za nic nie przepraszał? – spytałam zdziwiona.
- Dwa razy – odparł. – Raz był to Kendall, który rozsypał moje szklane kulki po całej białej próżni. Kazałem mu je potem zbierać przez cały świetlny tydzień. Zabroniłem mu używać do tego mocy, żeby poczuł smak manualnej pracy. Czułem się jak dyktator.
- A ten drugi raz? – dopytywałam się. Wydawało mi się nieprawdopodobne, że i tak nikt go wcześniej nie przepraszał. To takie naturalne… i trochę ludzkie. Choć fakt, nie był on normalnym człowiekiem. Ba, on w ogóle nim nie był.
- Kiedyś opiekowałem się pewną dziewczynką – rozpoczął, przyjmując tę samą pozę co ja. Wymyśliłam mu nawet piłkę i postawiłam ją przed nim, by mógł położyć na niej nogę. Różnił nas teraz tylko strój, który ten miał oczywiście w całości biały. – Wiesz, w jej głowie, tak jak my tobą teraz. Miała sześć lat i zapadła w śpiączkę po wypadku samochodowym. Pijany rodzic, przejazd kolejowy, gdzieś w Bułgarii to było. Nie współpracowałem wtedy z chłopakami, każdy z nas miał inne zlecenia. Dziewczynka miała na imię Eleonora i spędziłem z nią zaledwie kilka godzin.
- Obudziła się?
- Nie, umarła. Zdarza się po zderzeniu z pociągiem.
     Z jakiegoś powodu było mi głupio. James zawiesił wzrok na moich butach i wyglądał na nieco przygnębionego. W moim umyśle zapaliła się czerwona lampka o nazwie „pamiętaj, że anioły i duchy nie mają uczuć, a to, co wygląda na uczucie, jest wyuczone i zaprogramowane”.
- Siedziałem z nią po turecku w otoczeniu bieli, którą sama zresztą na początku widziałaś. Była tak zafascynowana moimi początkowymi naukami, że nie potrafiła utworzyć tu żadnego świata. Słuchała uważnie, szczerząc się do mnie szczerbato. Nagle, ni stąd ni zowąd powiedziała, że mnie przeprasza. Kiedy spytałem za co, odpowiedziała mi, że za to, iż jest człowiekiem. Chwilę później niosłem ją na rękach w stronę granicy ze śmiercią. Stałem na tej czerwonej linii nawet wówczas, gdy już ją zabrano.
- Za bycie człowiekiem? – szepnęłam. – Co według sześciolatki znaczyło „być człowiekiem”?
- Ranić anioły – wzruszył ramionami. – Tak przeczytałem w jej umyśle. Nie umiała zablokować myśli tak, jak ty to robisz.
- To i ja za to cię przepraszałam – niekontrolowanie położyłam dłoń na sercu. – Wiem, że nic nie czujecie, ale przepraszam was za rany, które mimo wszystko wam zrobiłam. Nie chcę z tym żyć, jesteście dla mnie tacy dobrzy. A ja jestem głupia.
- Nie jesteś głupia, tylko jesteś człowiekiem - James uśmiechnął się do mnie tak, jak jeszcze nigdy tego nie zrobił. Tak czysto i… ludzko. – Ludzie nie są doskonali. Nawet ja nie jestem.
- Nie jesteś? Nie żartuj sobie, przechodzisz przez ściany i widzisz innych ludzi.
- Ty też przechodzisz przez ściany, Invisible.
- Ale nie widzę ludzi.
     Przez mój mózg przeszedł dziwny impuls, chyba nawet pomysł, jakaś idea. Nie umiałam jej jednak podporządkować żadnej kategorii. Kopnęłam więc delikatnie swoją piłkę, po czym zaczęłam sunąć z nią w stronę pustej bramki. Dziwne było to, że ja biegłam, a James szedł swoim normalnym krokiem tuż obok mnie, z rękoma w kieszeni i z idealną fryzurą.
- Co zamierzasz? – spytał. Zatrzymałam się tuż przed polem karnym, sapiąc mimo tego, iż wcale nie byłam zmęczona. Opuściłam ręce wzdłuż tułowia i zacisnęłam mocno pięści.
- Pokażę wam, że potrafię być dobra – wyznałam z pewnością  siebie w głosie. – Dokonam tego, udowodnię tobie i reszcie!
- Nie musisz, wierzę ci.
- James, popatrz tylko.
     Uniosłam ręce do góry w nadziei, iż wizualna oprawa doda nieco charakteru mojemu widowisku. Zamknęłam oczy i przygryzając wargę pomyślałam życzenie, a właściwie wypowiedziałam w myślach rozkaz. Nie wiedziałam, czy jestem w stanie tego dokonać, ale sprawdzić przecież nigdy nie zaszkodzi. Zrobiłam obrót wokół własnej osi i spojrzałam na Jamesa w obawie, iż mogło mi się nie udać. Ku mojemu zaskoczeniu mój rozmówca wyglądał na… radosnego i podekscytowanego jednocześnie. Dotykał swojej twarzy jakby sprawdzał, czy nadal jest tą samą osobą.
- I jak się czujesz, James? – spytałam z dumą, co było raczej pytaniem retorycznym. Ten uniósł ku mnie szczęśliwe i rozbiegane oczy, a jego uśmiech mówiłam za siebie. Kopnęłam w jego stronę swoją piłkę.
- Masz pojęcie, czego dokonałaś? – rzucił niczym podekscytowany pięciolatek z drżącym od niedowierzania głosem. – A niech to kule biją, ja wszystko czuję! Czuję dotyk – powiedział, próbując złamać sobie palec. – I czuję to, co mam tutaj – dodał, pokazując palcem wskazującym na swój mostek i gapiąc mi się w oczy jak niewierzący w stygmaty.
- Ciesz się tym, póki możesz – odparłam zadowolona, pokazując palcem w stronę leżącej obok niego piłki. – To będzie trwało tylko przez kilka minut. Jestem wyczerpana.
- Zmęczenie też czuję – dopowiedział ze łzami wdzięczności w oczach. – To takie piękne, Invisible.
     Skinęłam głową na znak, że może dokończyć moją akcję. Dumny i nie posiadający się ze szczęścia, zupełnie do siebie niepodobny James odchylił prawą nogę w tył, by strzelić do pustej bramki. Trafił w jej prawą, wewnętrzną siatkę. Z jednej strony cieszyłam się, że może choć przez chwilę czerpać radość z naprawdę drobnych rzeczy, z drugiej jednak wiedziałam, że nie postępuję właściwie. Potrząsnęłam głową: nie chciałam teraz o tym myśleć. Byłam fałszywym człowiekiem – przekonałam się o tym w chwili, gdy szczęśliwy James podbiegł do mnie i w przypływie nieokreślonej siły przytulił, by móc oderwać mnie od murawy boiska i zakręcić mną kilka piruetów. Śmiał się przy tym nieskazitelnie, a ja poczułam, że opuszczają mnie wyrzuty sumienia. Wiedziałam jednakowoż, iż lada chwila powrócą, w dodatku sto razy cięższe. Postanowiłam, że póki co będę cieszyć się chwilą i sprawiać pozory, iż wszystko jest w porządku.
- James, postaw mnie na ziemi! – wrzasnęłam, kiedy zaczęło kręcić mi się w głowie. Mój anioł po raz ostatni podniósł mnie ponad siebie na wyciągniętych rękach, jakbym ważyła tyle co anorektyczny kot i opuścił mnie powoli. Z jego ust nie schodził uśmiech, który wręcz z każdą chwilą stawał się coraz bardziej błyszczący: być może za sprawą tych śnieżnobiałych zębów. Przytulił mnie zbyt mocno, bez wyczucia, z zerowym doświadczeniem w tej kwestii.
- Dziękuję ci, Invisible – szepnął mi do ucha z zasmarkanym głosem, co było do niego zupełnie niepodobne. To on był od pocieszania mnie i uszczęśliwiania, nie na odwrót! To on był moim mistrzem i nauczycielem, nie ja jego! Wszystko zaczynało się burzyć: najpierw powoli, potem ziemia miała trząść się coraz mocniej.
- Nie ma sprawy – poklepałam go po plecach. I przepraszam, że cię tak krzywdzę, dopowiedziałam.
     James rozluźnił swój uścisk, lecz nie po to, by puścić mnie wolno, a po to, by po raz kolejny spojrzeć mi w oczy. Wciąż trzymał splątane ręce na moich plecach, choć jedną z nich na moment wyswobodził, by odgarnąć mi z czoła fragment sklejonej potem grzywki. Znów słyszałam wuwuzele i gwizdy, ale panujący wokół mnie gwar jakby przestał się liczyć, co było dość nieprawdopodobne. Zamilkłam. Byłam w centrum uwagi, która wbrew pozorom nie należała do niewidzialnego tłumu, a do samego Jamesa. Przymknęłam powieki, by przekonać się o tym, że się nie mylę.
     Jeszcze nigdy nie całowałam anioła. To było jak dotyk czegoś, co nie istnieje. W pierwszej kolejności zdałam sobie sprawę, że wsuwa rękę pod moje włosy w okolicach potylicy. Było widać, że rozkoszuje się tym, iż może czuć dotyk poprzez skórę. Było mi zimno, jednak nim zdążyłam o tym w ogóle pomyśleć, James jeszcze czulej objął mnie ramionami i zamknął w nich jak w kleszczach. Kiedy mój podbródek zaczął drżeć, ten uchwycił go między kciuk a palec wskazujący, po czym zbliżył swoje usta do kącika moich. Jego oddech był słodszy niż cokolwiek, z czym kiedykolwiek miałam styczność. Skamieniała pozwoliłam, by przyciskając mnie do swojej piersi uniemożliwił mi nie tylko ucieczkę, ale i również samą czynność powiedzenia czegokolwiek. Najpierw tylko musnął moją górną wargę, a potem – upewniwszy się, że nie protestuję – zapomniał otym, kim jest naprawdę. Pozwolił sobie na połączenie naszych ust w jedność. Mimo tego, iż nigdy tego nie robił, omal nie zemdlałam z wrażenia. Ścisnęłam mocno jego skórę na karku, chcąc wyzyskać z niego jak najwięcej.
     Ocknęłam się ułamek sekundy później. Głowa znów bolała mnie niemiłosiernie, jak tuż po przybyciu w to ohydne miejsce. Gdy udało mi się otworzyć oczy, zorientowałam się, że pode mną rozciąga się coś wilgotnego, wręcz mokrego i brudnego. Wyciągnęłam rękę i po chwili namysłu stwierdziłam, że w dalszym ciągu znajduję się na murawie boiska. Zniknęły jednak jakiekolwiek dźwięki niewidzialnych ludzi, których tu nigdy nie było, zniknęły ślady mojej obecności, zniknęła piłka… i zniknął James.
     Uniosłam się, podtrzymując ciężką jak beczka głowę. Usiadłam po turecku wśród równo przystrzyżonej trawy i niewyobrażalnej, grobowej ciszy. Obraz przed moimi oczami był nie do końca wyraźny, jednak bez problemu udało mi się zauważyć ubraną na biało postać, siedzącą w drugim rzędzie ławek rezerwowych. Nie zdążyłam nawet wyprostować pleców: mężczyzna wstał i spokojnym krokiem zaczął zmierzać ku mnie. Z rękoma w kieszeni.
- Za parę minut czar pryśnie, a James nie będzie pamiętać tego, co się stało – Carlos zatrzymał się tuż nade mną i z wyższością spojrzał w słońce.
- Nie, nie wycofam się, jeśli do tego dążysz – pokręciłam przecząco głową wiedząc, co chce przez to powiedzieć. – Zachowuję się jak… jak człowiek.
- Przez ciebie nie ma pojęcia, że popełnia grzech, cudzołoży i zdradza samego siebie – dodał, patrząc na mnie z góry. Mimo groźnej miny jego ciemne oczy były pełne serdeczności. – Nie czujesz się podle, że go wykorzystujesz?
- Czuję się okropnie – powiedziałam cicho, podkurczając nogi w kolanach i przyznając mu tym samym rację. – Ale obiecałeś, że pomożesz mi dotrzeć do Jeremy’ego za wszelką cenę. Nawet, gdy miałaby to być ostatnia minuta mojego życia.
- Ryzykuję więcej, Invisible – rzucił bardzo przekonująco. – On dzięki tobie poczuł, co to znaczy być kimś innym. On dowiedział się, że cię kocha. Bo przecież nie mamy uczuć, tak?
- Ale ja kocham tylko Jeremy’ego – pisnęłam w ramach protestu. – Całowałam go tylko dlatego, że ty mi kazałeś. Musiałam to zrobić, musiałam… James zapomni, zaraz niczego już nie będzie czuł.
- Nie mówmy o tym. Mecz się jeszcze nie skończył.
     Po tych słowach podszedł do leżącej obok mnie piłki (skąd ona się tam w ogóle wzięła?) i wykonawszy zamach oddał strzał w kierunku bramki. Leciała w powietrzu przez kilka długich sekund świetlnych, by minąć słupek na wysokości głowy potencjalnego bramkarza. Spudłował.
     Rozejrzałam się wokół własnej osi: Carlos rozpłynął się w powietrzu niczym woda ze spryskiwaczy. Moje oczy zaczęły puchnąć od bólu płynącego z wciąż bijącego serca, a moje łzy wypalały w murawie pojedyncze, cuchnące węglem dziury. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że będę całować się z kimś tylko po to, by móc znaleźć się przy Jeremy’m, wyśmiałabym go i kazała mu zamknąć za sobą drzwi. Nigdy nie sądziłabym, że wyzyskiwanie drugiego człowieka stanie się częścią mojej walki o przetrwanie. Walki, która pochłonie mnie na tyle, iż stracę poczucie wartości i stanę się kimś, kim nigdy nie byłam.
     Ludzie bardzo często się zmieniają w mniejszym lub większym stopniu, ale nigdy nie zostają tacy sami. Zniknęło boisko, zniknęły bramki, zniknęły trybuny – zostałam ja, wisząca wśród bieli niczym porzucony manekin. A to był dopiero pierwszy stopień do piekła.

Żołnierze nie powinni kochać, oni powinni płakać

Rozdział 6

     Zdarzyło się parę razy, że ktoś z czystej ciekawości zapytał mnie, jaką moc chciałabym posiadać, gdybym miała w sobie iskrę czy zalążek nadprzyrodzonych zdolności. Nigdy nie wiedziałam, co mam wówczas odpowiedzieć. Pomijam sam fakt, że pytanie samo w sobie było głupie i nijak nie odnosiło się do przedmiotu, na jakim mi je zadawano. Po prostu nie miałam zielonego pojęcia, na co by się zdecydować. Z jednej strony chciałam być niewidzialna, z drugiej przechodzenie przez ściany wyglądało w moich wyobrażeniach równie atrakcyjnie. Chciałam też latać, móc rzucać zaklęcia, czytać w myślach, teleportować się i strzelać boczkiem z oczu.
     Teraz miałam te wszystkie moce, lecz mimo tego, iż w tym świecie to ja byłam półbogiem i mogłam pozwolić sobie na wszystko, nic nie sprawiało mi przyjemności. Przechodziłam przez postawione przeze mnie ściany, po stworzeniu obrazu Nowego Jorku skakałam po budynkach, wyrzucając wiązki sieci z nadgarstka, zatrzymywałam czas bez powodu. Ale co mi po tym, skoro nikomu nie mogłam się tym pochwalić ani nikomu powierzyć tego jako najskrytszej tajemnicy? Nie mogłam z nikim podzielić się tym sekretem. Jakby się tak głębiej zastanowić, to wolałabym tańczyć w deszczu i śpiewać fałszując ze świadomością, że ktoś na mój widok uśmiecha się pod nosem i wraca mu ochota do życia. To takie proste, a mimo wszystko lepsze.
     Frunęłam powoli z założonymi na piersiach rękoma nad jakimś ogromnym, zurbanizowanym miastem. Kilkaset stóp pode mną otwierały się i zamykały drzwi sklepów bez sprzedawców, jeździły samochody bez kierowców, unosił się dym z papierosów, których w żarzenie nie wprowadziło żadne płuco, żaden oddech, żadne westchnienie. Nawiedzone miasto pachniało ironią i miłością, której nigdy tutaj nie było.
     W pewnym momencie zawisłam na krawędzi dachu jednego z oszklonych wieżowców, w którego biurach wciąż dzwoniły telefony, których i tak nikt nie odbierał. Ubrana w brązowe kozaki, rajtuzy z jakimś dziwnym wzorem i w kremowym płaszczu usiadłam tak, by nogi zwisały mi ponad ziemią. Wsadziwszy ręce do kieszeni westchnęłam, chuchając i tworząc białą jak śnieg parę. Moje włosy znów miały swój naturalny, jasny kolor: były jedynie mocno pokręcone i sięgały mi do czubków spiczastych ramion. Oparłam się bokiem o szpadzisty komin pokryty gładkim tynkiem i pomarańczową farbą. Zawiesiłam swój wzrok na oddalony brzeg oceanu, który rozciągał się na krawędzi horyzontu niczym sznurówka.
     Nie mogłam zrozumieć, dlaczego mimo tego, iż byłam wolna, czułam się jak ptak w klatce. Czy wszyscy wszechmogący tak mają? Nie umiałam poradzić sobie z tą myślą, jak zresztą i z kilkoma innymi. Nie zdążyłam postawić jeszcze znaku zapytania po retorycznym pytaniu, kiedy poczułam, że ktoś siada tuż przy mnie tak, że nasze nogi stykały się ze sobą. To było do przewidzenia.
- Mam najcudowniejszą klatkę na świecie – prychnęłam sarkazmem, którym śmiało mogłam splunąć w dół. Problem w tym, że w nikogo bym nie trafiła.
- Latasz – stwierdził prosto Carlos. – Nie marudź.
- Ale ja nie chcę latać – skonfrontowałam. – Ja chcę być człowiekiem. Człowiekiem, rozumiesz? Nie jakimś tworem, który bardziej przypomina ćpuna niż ideał. Z każdą chwilą tutaj spędzoną mam wrażenie, iż po prostu napaliłam się jakiegoś gówna i mam teraz kolorowy odlot.
- Chciałbym powiedzieć, że cię rozumiem – dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, iż mój pojawiający się znienacka rozmówca nie patrzy na mnie, a na ocean. – Ale nie jestem Loganem. Nie umiem ci w tym momencie pomóc.
- To zdanie słyszałam już parokrotnie i chyba go nie lubię – wywróciłam oczami. Nie w sarkazmie, a w próbie pokazania mu, że nie jest sam. Bo przecież i ja nie rozumiałam, czego bez przerwy się czepiam.
     Carlos uśmiechnął się subtelnie, lecz nie odwrócił się. Nie miałam głowy do tego, by po raz kolejny wyzwać go od przypalonego w ognisku ziemniaka z Toy Story czy od kogoś, kto z premedytacją wpadł do gara Panoramiksa. Wzruszyłam więc ramionami i powróciłam do obserwacji fal uderzających o piaszczystą wydmę.
     Wiatr zaczął wiać, targając moimi włosami i wplątując ich kosmyki w znajdujący się po mojej lewej stronie piorunochron.
- Jak to jest być człowiekiem? – spytał niespodziewanie, ni z gruchy, ni z pietruchy. Nie zdążyłam jednak zrobić zszokowanej miny: zbyt zajęta byłam rozplątywaniem kołtunów.
- W sumie to całkiem normalnie – odparłam. – Ale masz strasznie dużo ograniczeń. Wiesz, ludzie nie latają, nie oddychają pod wodą, nie podróżują z prędkością myśli…
- Umieją za to mnóstwo innych rzeczy, których nie potrafią anioły – wtrącił. Wciąż nie raczył obdarować mnie spojrzeniem potwierdzającym, że mówi do mnie, a nie do siebie. Może to dziwnie zabrzmi, ale był trochę nieobecny. – Chciałbym być człowiekiem.
     Zakrztusiłabym się hamburgerem gdyby nie fakt, że nie wstąpiłam po drodze do McDonalda. Szkoda, bo zawsze chciałam wjechać do McDrive’a tyłem. Mimo to zakasłałam, bo moje płuca nabrały zdecydowanie za dużo powietrza.
- Nie gadaj głupot – rzuciłam. – Fakt faktem, sama chciałabym nim w stu procentach być, bo już kiedyś im byłam i za tym tęsknię, ale ty? Masz tu wszystko, nie potrzebujesz zmartwień i niedoskonałości. Od zawsze byłeś duchem, więc nie masz do czego wracać.
- Nic nie rozumiesz, Invisible – Carlos odwrócił się do mnie nagle, łapiąc mnie za rękę i mocno ją ściskając. Jeszcze trochę i połamałby mi palce. – Czujesz to?
- Jesteś debilem, puść mnie – warknęłam naburmuszona, wyrywając swoją dłoń z jego własnej. Byłam zdziwiona, kiedy okazało się, że nie mam na tyle siły. Spojrzałam mu więc w oczy: przestraszyłam się po raz pierwszy, od kiedy tu trafiłam. Tęczówki pomiędzy jego powiekami miały barwę krwi. Soczystej, błyszczącej, płynącej prosto z serca. Nigdy nie widziałam takich oczu. Nie tyle się ich bałam, co mnie fascynowały.
- Czujesz dotyk – kontynuował, oddychając ciężko. – Boli cię. Nawet nie wiesz, ile jestem w stanie dać, by poczuć ból. Tymczasem nawet nie mam uczuć. Być może myślisz, że tym gestem okazałem zdenerwowanie: ale tak nie jest. Ja nic nie czuję.
     Przełknęłam ślinę. Carlos odsunął się ode mnie kawałek, by dać mi trochę wolnej przestrzeni kosmicznej do własnej dyspozycji. Spuścił wzrok, wpatrując się w stłuczkę samochodową.
- Chciałbym być smutny razem z tobą – mówił dalej. – Chciałbym płakać. Chciałbym czuć to, co mną kieruje, a nie działać jak maszyna. No i chciałbym umieć kochać. Logan mówi, że to cudowne uczucie. Zazdroszczę mu, że wie, jak to jest.
     Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Faktycznie wydawał się być jak najbardziej dotkniętym i cierpiącym żywym stworzeniem, jednak jego największym cierpieniem było właśnie to, że tego cierpienia nie czuł. Ani żalu, ani współczucia, ani radości. Tacy to mają przesrane, mówiąc po mojemu.
     Wpatrywałam się w czubki swoich butów. Po raz pierwszy było mi wstyd mojego wcześniejszego zachowania. Pani na literaturze mówiła, że powieść, w której następuje zmiana postawy głównego bohatera nosi nazwę Entwicklungsroman, z niemieckiego bodajże. Czy to było to?
- Co to jest miłość? – spytał Carlos głosem anioła, którym w pewnym stopniu był.
- No wiesz – mój głos drżał, musiałam nieco odchrząknąć. – Każdy człowiek ma swoją własną definicję tego pojęcia. Dla mnie miłość jest wtedy, gdy chłopak opuszcza treningi piłki nożnej, która jest dla niego bardzo ważna tylko po to, by tygodniami wpatrywać się w swoją nie dającą oznak życia dziewczynę. I mimo tego, co mówią inni ma nadzieję, że wszystko wróci pewnego dnia do normy. To jest właśnie miłość, Carlos. Taka prawdziwa i słodka jak droga, tucząca czekolada.
- Chciałbym umieć kochać.
     Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, bo moje ramię przeszył niewyobrażalny ból. W jednej chwili tysiące gorących igieł zatonęło w mojej skórze sprawiając, że mogłam jedynie krzyczeć i wić się bez możliwości opanowania sytuacji. Uderzyłam bokiem o komin w nadziei, że przyćmi to nieco to promieniowanie. Nic nie dało. Niemniej jednak przeszywające mnie na wylot igły zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. W moich oczach zostały jedynie zalążki łez, które już miałam uronić pod wpływem tego okropnego uczucia.
     Carlos nie wyglądał na zdziwionego. Wzruszył ramionami, jakby mnie nienawidził. Mój Boże, co ja mu zrobiłam?
- Zaburzenia akcji serca – wyjaśnił chłodno niczym rodowity nauczyciel. – Ale już wszystko dobrze. Twojemu ciału nic nie grozi.
- Ale nie przejdę jeszcze przez granicę – stwierdziłam.
- Nie przejdziesz – potwierdził.
- A to? – przytknęłam mu do nosa swoją dłoń, której drobny fragment był zimny jak lód, reszta zaś normalnie ciepła. – Co to jest?
- Jeremy płakał – rzucił bez emocji. – A to jego łzy, one zostawiają takie zimne ślady. Przecież czujesz ich setki.
- Ale te dwie mnie bolą.
     Spojrzałam na drżącą dłoń z ukosa: maleńkie uwypuklenie obok żyły pulsowało, a dwa ledwie widoczne wgłębienia mroziły mnie od stóp do głów. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego czegoś. Czułam się nie tyle źle, co dziwnie i trochę jakby… niedoinformowana. W tym momencie przydałby mi się James, który odpowiadał na moje każde, nawet najgłupsze pytanie.
- A co to znaczy, że łzy bolą? – spytałam niezbyt przekonywująca jak jakaś popisująca się przed kolegą z piaskownicy pięciolatka.
- To znaczy, że powinnaś być najszczęśliwszym człowiekiem we Wszechświecie i w jego lustrzanym odbiciu, włącznie z białą próżnią – odparł, spoglądając na wymyślone przeze mnie słońce. Chyba mu się spodobało. Nie wiem, czy kiedykolwiek takie widział. – To oznacza, że jeszcze wszystko przed tobą. I że zostałaś wybrana.
- Mówisz jak ci z jakiegoś dziwnego religijnego ruchu, którzy roznoszą gazetki po domach – pufnęłam. – Kiedyś, jak byłam chora przyszła taka jedna dziewczyna, chyba nawet młodsza ode mnie. Ledwie widząca na oczy, w różowym szlafroku i z wielkim pryszczem na środku czoła otworzyłam jej drzwi, a ta przywitała mnie słowami melancholii: Witaj, chciałabyś może zacząć nowe życie?
- I co ty na to? – dopytał się bardziej z grzeczności, niż z ciekawości. Jak można nie mieć uczuć i tak świetnie wszystko udawać? Spuściłam wzrok w dół i splunęłam. Nie odezwałam się, póki moja ślina nie zniknęła we mgle.
- Udawałam, że jej słucham. Na miłość boską, przez gorączkę nic nie rozumiałam! Pociągałam tylko obrzydliwie nosem chcąc, by już sobie poszła. A gazetkę spaliłam, by móc ugotować sobie wodę na herbatę. Jestem złym człowiekiem.
     Przesunęłam palcem po horyzoncie, by słońce zniknęło. Korzystając ze swojej nieograniczonej władzy jednym ruchem ręki zamalowałam niebo na ciemny granat, wpadający miejscami w czerń. Wskazałam również kilka punktów na nieboskłonie, tworząc dziury w atmosferze. Na ich miejscu szybko pojawiły się lśniące gwiazdy, których z kolei nie chciało mi się już nazywać. Na ulicach mojego miasta zapaliłam mnóstwo lamp, wymazałam wszystkie samochody i niewidocznych pieszych, by nie wydawali żadnych dźwięków. Zostawiłam tylko kilka ludzików Lego grających na wuwuzelach. Nie było ich tu za bardzo słychać, ale to nie grało żadnej roli. Palcem wskazującym zakreśliłam księżyc. Wielki, srebrny, gapiący się na mnie jak pan z kościoła, który zbierał zawsze na tacę, a ja mu nie chciałam wrzucić ani centa. Świecił tak mocno, że miałam wrażenie, iż zaraz wywali w nim korki i trzeba będzie rysować go od nowa.
     Jeremy bardzo lubił księżyc. Jeremy bardzo lubił gwiazdy. No i Jeremy bardzo lubił mnie, patrzącą w księżyc i zasypiającą w jego ramionach przy gwiazdach.
     Klasnęłam w dłonie. Przypomniało mi się, że nie jestem sama.
- Słuchaj Carlos, zawrzemy umowę – powiedziałam pewnym tonem, którego bardzo szybko sama się zlękłam. Bałam się, że wywoła on odwrotne emocje do tych planowanych, jednak mój rozmówca odwrócił głowę w moim kierunku. Wyglądał na co najmniej zainteresowanego. Wypięłam więc pierś w przód i podjęłam się kontynuacji. – Ja nauczę cię być człowiekiem, a ty nauczysz mnie być aniołem. Co ty na to?
     Anioł uśmiechnął się do mnie tak serdecznie, że aż niemożliwe byłoby stwierdzenie, iż duchy nie czują.
- Ale ty jesteś w połowie aniołem – zmarszczył brwi, jednak z przyjaznym wyrazem twarzy. – Poza paroma drobnymi szczegółami niczym się nie różnimy. Owszem, mamy większe moce, ale ludzi też stworzył Bóg. A on nie tworzy byle… no, jak to byś ty powiedziała…
- Byle gówna – skwitowałam z uśmiechem. Ostatni raz szczerzyłam się tak, jak moja koleżanka zrzygała mi się na plecy.
- Tak – przytaknął, splątując palce swoich ciemnych dłoni. – Ja naprawdę nie rozumiem ludzi. Zazdroszczę Loganowi.
- Zdradziłbyś mi wtedy tylko jedną tajemnicę. Chodzi o to, byś powiedział mi, jak mogę dostać się do świata żywych jako duch – pisnęłam cicho, zdecydowanie niepotrzebnie. Carlos spojrzał na mnie jak na debila, który właśnie wkłada sobie głowę do tostera. Wydawało mi się nawet, że leciutko się odsunął.
- Nie, nie mogę – zacisnął oczy tak mocno, że drobne żyłki uwypukliły się na jego powiekach. Niedoskonałości ludzkiego ciała, pomyślałam. James mi o tym opowiadał.
- Carlos… - szepnęłam.
- Nie.
     Przysunęłam się bliżej i nieświadomie położyłam mu dłoń na ramieniu. Wiedziałam, że tego nie poczuł. W świetle księżyca widziałam, że walczy sam ze sobą. Odniosłam również wrażenie, że niczego innego nie pragnie. Niczego więcej, jak być kimś podobnym do mnie. To moje bezczelne wykorzystanie jego marzeń (nie mam pojęcia, jak to nazwać, bo James mówił mi, że anioły nie mają marzeń) w stosunku do niego było absolutnie nie fair, ale musiałam zrobić wszystko, by wrócić do Jeremy’ego. I nikt nie mógł się o tym dowiedzieć.
- Nauczę cię być człowiekiem – powtórzyłam. – Tego chcesz, prawda?
     Nie musiał odpowiadać. Splunął na dół i wyprostował się jak struna. Wyciągnął w moją stronę rękę, choć unikał mojego wzroku. Chwyciłam ją łapczywie w obawie, że zaraz się rozmyśli. Była strasznie koścista, a w swojej fakturze przypominała mi papier ścierny. Ścisnął moją dłoń mocno: było widać, że nigdy tego nie robił i nie ma w tym wyczucia. Zacisnęłam zęby wiedząc, że sam nic nie czuje. Nie czuć dotyku, nie czuć oddechu na szyi, nie wiedzieć, że się kocha, że łamie mu się serce…
- Umowa stoi – wyzionął wreszcie.
     Carlos zawarł pakt z diabłem.

Życie jest zajebiście rakotwórcze

Rozdział 5

     Kiedy byłam mała, uwielbiałam chodzić do starego kina niedaleko mojego domu. Często wchodziłam po rozszarpanych schodach ruiny mimo zakazu tłumacząc się, że nie umiem czytać, co w sumie było prawdą. Szukałam sali, w której wciąż stały rozprute fotele, a na ścianie widoczny był wielki ślad po ekranie, który przedstawiać mógł jedynie obrazy rodzące się w mojej podświadomości. Choć sam budynek nadawał się do rozbiórki i groził zawaleniem, był dla mnie miejscem, gdzie mogłam płakać do woli. Czasem przychodziłam tam z powodu uwagi za wyrzucenie Lucasowi tornistra przez okno, czasem po kłótni rodziców, a bywały i sytuacje, że odwiedzałam to miejsce pchnięta wyrzutami sumienia czy też smutną piosenką usłyszaną w radiu. Lubiłam to miejsce ze względu na to, że nikt by mnie tam nie znalazł. Mogłam się powiesić, pociąć albo napisać poemat dygresyjny – nikt by mnie tam nie szukał. Miałam tam święty spokój ogrodzony biało-czerwoną taśmą. Musiałam złamać parę zasad, by w końcu móc myśleć. I być wolna tak, jak to jest zapisane w Konstytucji.
     Znów mogłam oprzeć się w piankowym fotelu obitym drewnem i wyciągnąć przed siebie nogi. Usiadłam w samym środku widowni, choć zwykle siadałam na samej górze. Wnętrze sali kinowej było odrestaurowane, a mimo tego nie było w niej ani jednego człowieka. Nic dziwnego, w końcu to znów moja głowa. Na ekran padały smugi sztucznego światła rzucanego z kantorka ponad rzędami. Najbardziej dobijające było to, że i ten kantorek był pusty, choć przecież bez operatora nie działałby żaden film. Ale w tym przypadku to ja byłam reżyserem spektaklu, w dodatku oglądającym swoje dzieło w samotności.
     Na ekranie przewijał się strasznie nudny film. Już od jakiegoś czasu nic się na nim nie działo: dziewczyna o długich, blond włosach leżała bezustannie podłączona do kilku kroplówek, a przy jej boku spał czarnowłosy chłopak, trzymając ją w tym samym czasie za pokłutą rękę. W kącie pomieszczenia, na szerokim krześle siedziała inna dziewczyna, która najwyraźniej próbowała na czymś się skupić. Nie wychodziło jej to za bardzo, gdyż jej wzrok nieustannie podążał w stronę ekranu monitorującego pracę serca, który raz pikał niepokojąco szybko, a raz niebezpiecznie wolno. Większa część mojego mózgu radziła mi przełączyć film na coś innego, ale jakiś fragment wciąż przypominał mi, że to przecież ja.
     Założyłam nogę na nogę, a ręce skrzyżowałam na piersi. Spuściłam wzrok, ignorując tym samym nieznaczny ruch chłopaka podczas swojego głębokiego snu.
- Dlaczego niebo nie może upaść, tylko ja? – spytałam po części retorycznie, wpatrując się ślepo w czubki swoich zielonych sandałów. James wiercił się w fotelu obok.
- No wiesz, niebo trzymają wszyscy aniołowie – zaczął zastanawiając się, czy jestem w stanie to zrozumieć. – A ciebie podtrzymują dwie osoby, które z każdym dniem stają się coraz słabsze.
- A moja siostra Pearl? – dodałam pełna pretensji. – Czy naprawdę nie była moim filarem?
- Mówiłaś, że jest głupia i że pewnego dnia zostawisz ją na stacji benzynowej – mój rozmówca zmarszczył czoło. Wywróciłam oczami.
- Bo starsze siostry tak mówią – wyjaśniłam mu tonem, jakbym tłumaczyła mu najprostszą rzecz na świecie. Bo to w sumie było tak, jakby spytał mnie, czy wiem, z czego robi się drewno. No z drewna, no. – Mówią dużo rzeczy, które są nieprawdziwe. To nic dziwnego. Powinieneś to zrozumieć, ona jest fanką waszych ziemskich odpowiedników.
- Nie jestem Loganem, nie jestem w stanie ci pomóc – rozłożył ręce w geście bezradności, uśmiechając się przy tym głupio, jak to na Jamesa przystało.
     Westchnęłam. Uniosłam oczy, powracając do obrazu z rzeczywistości. Jedyne, co intrygowało mnie w nim było to, że był czymś pewnym. Bo nic, co mnie otaczało tak naprawdę nie istniało. Tkwiłam zawieszona w próżni wraz z ubranym na biało pajacem, który nie zauważył nawet, że wyrosły mu skrzydła.
     Na filmie coś zaczynało się dziać. Czarnowłosy chłopak poruszył głową, otwierając w tej samej chwili oczy. Wyglądał, jakby wróciwszy do stanu uaktywnionej świadomości zawiódł się gdzieś w głębi i załamał ogromem prawdy. Nie dziwiłam mu się w sumie, był w tej samej sytuacji, co ja.
- Co on trzyma w drugiej ręce? – wtrącił cicho James. Oczywiście retorycznie, bo jak na anioła przystało wiedział, czym to jest.
- Ciii, nie przeszkadzaj! – uciszyłam go uderzeniem pięści w twarz. Znów nic nie poczuł, a ja znów straciłam czucie w palcach.
     Niemniej jednak duch miał rację. Jeremy pocałował mnie w wypukłe kosteczki palców, szepcząc coś pod nosem i spoglądając niepewnie w kierunku siedzącej w kącie Lovely. Upewniwszy się, że moja przyjaciółka przysnęła, ostrożnie wyciągnął spod lewej dłoni jakąś podartą kartkę, którą najwyraźniej próbował poskładać w całość za pomocą taśmy. Nie puszczając mojej bezwładnej dłoni przysunął się bliżej ze swoim taboretem, który odsunął się podczas jego nieplanowanej drzemki. Uśmiechnęłam się na widok jego trzydniowego zarostu, który uwielbiałam ponad wszystko na świecie. Gdyby tylko mógł wiedzieć, że go widzę.
     Rozprostowawszy rogi fragmentu kartki otworzył usta, by móc coś szeptem przeczytać. Zmarszczyłam brwi: przecież to była kartka z mojego pamiętnika, do którego kluczyk miałam tylko ja.
- Zastanówmy się – czytał, aż drżały mu struny i łydki. – Jeśli jestem różą, to mam płatki. Takie czerwone, miękkie i najcudowniejsze. Ale czymże są moje kolce? To cechy osobowości, słabości czy wady? A może ludzie, których spotykam? O, a co, jeśli róża nie ma kolców?
      Jeremy opuścił kartkę. To, co ujrzałam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Mało nie spadłam ze swojego fotela wprost pod nogi Jamesa widząc, że ma duże, czerwone oczy. Byłam w szoku - mój Jeremy płakał. A on nigdy tego nie robił.
- Dlaczego mi więdniesz? – spytał, patrząc z odrazą na moje nieczułe ciało. – No powiedz, dlaczego? Co mam jeszcze zrobić, być otworzyła oczy i mi odpowiedziała?
- Daj spokój – Lovely krzyknęła ze swojego kąta, wybudzona z czujnego snu. – Nie słyszy cię.
- Wie, ona wszystko wie! – wrzasnął, rzucając się zrozpaczony na moje ramiona. – Invisible, czym ja sobie na to zasłużyłem? Kogo mam zabić, bym mógł mieć cię z powrotem? Choć na moment, jeden krótki jak chwila, jak sekunda…
- Jeremy, odejdź od niej! – Lovely zeskoczyła z krzesła widząc, jak mój chłopak zanurza twarz w moim zimnym barku, stykając usta z nagą skórą obojczyka. – Jesteś psychopatą!
- Nie, po prostu ją kocham – wyznał pusto, jakby od niechcenia, obejmując mnie jeszcze mocniej i zasłaniając moją pierś własnym ciałem. Kropla potu kapnęła na moje czoło. – Powiedz mi jedno słowo. Co mam zrobić, proszę. A ja to zrobię. Muszę cię odzyskać, ja… ja nic innego nie mam.
     Lovely zatrzymała się przy brzegu mojego łóżka i długo wahała się, nim położyła mu rękę na karku w celu pokazania mu, że ma w nim wsparcie. Kochana, pomyślałam ze słodyczą w mojej pustej głowie.
- Nie możesz nic więcej zrobić, i tak bardzo się w to wszystko angażujesz – powiedziała, choć nie miała pewności, że ją słyszy. – Nie byłaby zadowolona wiedząc, że przestałeś chodzić na treningi w nogę… Tym bardziej, że zrobiłeś to przez nią. Wie, że kochasz biegać za piłką i tulić się do niej spocony, brudny od błota i trawy murawy…
- Raz wyprała mi nawet strój – wspomniał, głaszcząc mnie po policzku. Patrzył się również w moje zamknięte oczy. I to już kolejną godzinę, kolejny dzień, któryś tam tydzień. – Śmiała się przy tym jak kaczka. Wiesz, jak śmieją się kaczki?
- Głupio jakoś – Lovely wyglądała na zdziwioną tym porównaniem. Ja jednak uśmiechnęłam się przez łzy, których już od jakiegoś czasu nie wycierałam. Przyciągnęłam skrzydło Jamesa do siebie, by móc się w nie kwieciście wysmarkać.
- Nie chcę grać w nogę bez niej. I nie chcę żyć z nikim innym, jak z nią. Czuję się, jakbym każdego dnia tracił kawałek serca.
- To nadzieja, upływa, kiedyś się skończy…
- NIE! – wrzasnął tak desperacko, że złapałam się brzegów fotela. Jego twarz wykrzywiona była nie tylko bólem i wściekłością, ale i również… ekstazą miłosną. Ten krzyk był sprzeciwem, przez który nawet nie dopuszczał do siebie takiej informacji. O mój Boże, on mnie kocha. I to w czasie teraźniejszym.
     Zastygłam w bezruchu z rozwartymi ramionami i załzawionymi policzkami. Sytuacja na filmie (a właściwie relacji na żywo z Ziemi) ustabilizowała się: Jeremy odsunął swój taboret, by na powrót móc położyć głowę na wolnym fragmencie szpitalnego łóżka, a Lovely z westchnieniem powróciła na swoje miejsce w kącie sali wiedząc, że i tak nic nie zdziała. Wszystko zdawało się wracać do normy, jakby właśnie minęła granica punktu kulminacyjnego. I nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek obecny przy moim ciele miałby powrócić w najbliższej chwili do tego tematu.
     Pozwoliłam moim kolanom ugiąć się tak, jak tego chciały, przez co jeszcze mocniej wbiłam się w fotel. Na jasnożółtych spodniach widniały drobne, mokre i ciemne plamki, podobnież jak i na pomarańczowej bluzce. Zielona opaska dobrana pod kolor sandałów zsunęła mi się na czoło, psując niego i tak nierozgarniętą fryzurę. Próbowałam dopuścić do siebie kilka faktów, których świadkiem stałam się przez zupełny przypadek: chodziło mi w głównej mierze o odnalezienie mojego pamiętnika przez Jeremy’ego. To była ostatnia osoba, która powinna wiedzieć o jego istnieniu… Ale trudno. Byłam pewna, że skoro znalazł ten wpis, to musiał przeczytać i pozostałe, dotyczące najintymniejszych zakątków mojej osobowości. Pisałam w nim bowiem nie tylko o złych ocenach w chwilach załamania, ale przede wszystkim o zapewnieniach miłości dla nikogo innego, jak właśnie dla niego. Zarumieniłam się na samą myśl, że poznał obrazy tworzące się w mojej głowie podczas lekcji hiszpańskiego. Oczywiście po wielkich kłótniach zdarzały się wpisy pełne soczystych przekleństw i wyzwisk kierowanych pod tym samym adresem, ale było ich zaledwie kilka w całym, dwustukartkowym notatniku. Czasami zamiast pisać zwykłych zdań odpowiadających na pytanie „co u mnie”, rysowałam coś albo tworzyłam jakieś egzaltowane i bezsensowne tezy, których sama nie rozumiałam. Bardziej było im do fizjologii niż do filozofii.
    James mlasnął mi popcornem nad uchem. Zapomniałam, że tu ze mną siedzi.
- Pamiętam, jak wyprałam mu ten strój – burknęłam cichuteńko, złączając ze sobą kolana. – Śmiałam się, że żony piłkarzy mają taką niewdzięczną robotę. No wiesz, oni idą sobie na trening w białych strojach, a żona musi potem prać mieszaninę błota i soku z trawy. Najczęściej ręcznie, co jest męczące.
- Tylko raz mu wyprałaś strój? – spytał, odwracając się w moją stronę. Skrzydła gniotły go w plecy bardziej niż drewniany bolec wystający z jego nadprutego fotela. – Czemu tylko raz?
- Bo następnego dnia miałam zawał – zganiłam go wzrokiem. Nie musiałam mówić ani słowa więcej: w tej kwestii zdawał się mnie rozumieć.
     Znów spojrzałam na ekran. Kiedy tak wpatrywałam się tęsknie w czubek nażelowanych włosów mojego chłopaka, zdałam sobie sprawę, że jeśli Bóg zamyka drzwi, to otwiera okno. To był dosłownie moment, strzał dzidą w uciekające zwierzę. W dodatki trafiony strzał. Poruszyłam się na swoim miejscu jak po kopnięciu prądem o natężeniu… nie, nie bawmy się w fizykę.
- James? – szepnęłam obserwując, jak z uśmiechem obraca twarz w moim kierunku. – Jest jakiś sposób, by znaleźć się z powrotem na Ziemi? Nie mówię o wyzdrowieniu, tylko… no wiesz.
- Jest – odpowiedział jak gdyby nigdy nic. Zaraz potem oberwał pustym pudełkiem po popcornie po twarzy.
- I nic mi nie powiedziałeś?! – krzyknęłam, wymachując rękoma na wszystkie strony. Mój rozmówca otrzepywał właśnie ramiona z nie pękniętych ziarenek kukurydzy, jednak nie ściągnął z twarzy pudełka, a jedynie zrobił w nich otwory na oczy. Debil.
- Bo nie pytałaś – dodał niewzruszony. Dla frajdy zamachał skrzydłami, robiąc tym samym lekki wiatr i sprawiając, że rozrzucone za jego sprawą śmieci zniknęły gdzieś pod sąsiednimi fotelami. Założyłam zaciśnięte pięści na biodra i zmarszczyłam czoło.
- Domyślasz się, jakie będzie moje pytanie – rzuciłam bez jakichkolwiek emocji.
- A ty domyślasz się mojej odpowiedzi – skonfrontował. – Nie mogę ci tego powiedzieć.
     Coś ukłuło mnie pod żebrami. Ostatnie zdanie, jakie wypowiedział wydawało mi się być oschłe, zdecydowanie niepodobne do reszty tez wygłaszanych przez niego podczas naszych lekcji. Otworzyłam szeroko oczy, wyraźnie zdziwiona.
- Dlaczego? – spytałam, lekko niepewnie. – Na miłość boską, przecież wiesz, że to jedna z niewielu rzeczy, którą chcę znać!
     James wsadził rękę pod swoje pudełko. Chyba dłubał w nosie. Starałam się o tym nie myśleć wierząc, że dowiem się czegoś więcej, jeśli będę nieco milsza i nie będę wyzywać go od kretynów, jakkolwiek by się nie zachowywał.
- Nie powiem ci – wzruszył ramionami. – Szef mi nie pozwolił.
- James – westchnęłam. – Wiesz przecież…
- Tak, wiem, że kochasz Jeremy’ego i nie pragniesz niczego więcej, jak znów być człowiekiem z krwi i kości – zaczął lekko ostrawym tonem, co wbiło mnie w fotel. Nigdy wcześniej nie używał wobec mnie takiej barwy głosu tłumacząc, że duchy nie mają uczuć. – Wszyscy to wiemy. Ale nie mogę ci pomóc. Jeśli powiedziałbym ci o tym, a jeszcze nie daj Boże spełniłabyś warunki, skończyłoby się to tragicznie.
- Dla mnie? – spytałam. Ręce drżały mi jak na mrozie. – Mogę nawet umrzeć, byleby jeszcze raz móc…
- Nie dla ciebie – wyjaśnił szybko. Jego jasnobrązowe oczy błyszczały w ciemnościach kina, jakby płonęły. – Dla nas wszystkich. Zaczynając od ciebie, poprzez mnie i pozostałych, a na Jeremy’m i Lovely kończąc.
     Czułam się zawiedziona. Nie mogłam mieć do niego pretensji, niemniej jednak moje alter ego podjęło właśnie nieodwołalną decyzję: chciało za wszelką cenę dowiedzieć się, czymże jest ta tajemnica. Zdrowy rozsądek zaczął protestować jeszcze nim James ściągnął z głowy ten idiotyczny, papierowy i śmierdzący spalenizną hełm.
- Wiem, że jak kobieta zrobi awanturę i się rozpłacze, to dwa plus dwa wynosi pięć. Ale nie tym razem. Uno y uno no siempre son dos, Invisible Rodriguez.
     Po raz ostatni spojrzałam w stronę kinowego ekranu. Jeremy właśnie patrzył w moje zamknięte oczy, przyciskając do swoich ust moją bezwładną, pełną siniaków powstałych wskutek pobierania krwi dłoń. Szeptał coś o mnie, naszych dzieciach noszących dziwne imiona, deszczu i ekologicznym gospodarstwie. Był rozsypany jak tynk w mojej sali od hiszpańskiego.
- James? – spytałam, nie odwracając się do niego.
- Mhm? – mruknął, również nie przerywając obserwacji i analizy tego, o czym był film. Nie chciało mi się używać słów, które i tak niczego by w tym momencie nie wyjaśniły: odblokowałam mu po prostu swoje myśli. Nie minęły trzy sekundy świetlne, a już o wszystkim wiedział. Nie powiedział nic więcej: po prostu mi przytaknął. Nie zdążył do końca wykręcić się na fotelu w moją stronę. Z siłą huraganu uderzyłam w jego mostek nie panując nad tym, że moje oczy stały się dwoma odrębnymi wodospadami. Nie szczędząc krtani płakałam i krzyczałam jednocześnie wiedząc, że moja sytuacja jest głupia. Najzwyczajniej w świecie głupia.
     Przytulił mnie delikatnie, lecz z kamienną twarzą. Był bardziej bezradny, niż ja.
- Gdybym był człowiekiem, chyba bym przez ciebie umarł, dziewczyno – pokręcił głową, okrywając mnie swoimi skrzydłami jak tarczą, by żadne zmartwienie już do mnie nie dotarło.

Nocą deszcz boli najbardziej

Rozdział 4

     Szczerze mówiąc, to nie chciało mi się wchodzić do tego wesołego miasteczka wiedząc, że tak czy siak nikogo tam nie spotkam. To żadna frajda bawić się samemu. Z drugiej strony bombardowałam się myślą, że nie po to je stworzyłam, by teraz tak stało bezczynnie i straszyło chłopców lub - nie daj Boże! - inną zabłąkaną duszę mi podobną, która przypadkowo trafi do mojej głowy, bo Kendall wniesie ją nie przez te drzwi, co trzeba. Zrobiłam krok w przód, a deski zaskrzypiały pod ciężarem mojego medium.
     Rozejrzałam się dookoła własnej osi. Moje oczy w jednej chwili zostały porażone milionami kolorowych świateł i neonów, które miały za zadanie zwrócić moją uwagę na atrakcje parku rozrywki. Nie cieszyło mnie to zbytnio: choć wszystkie urządzenia były w ruchu, ani na nich, ani w kasach nikt nie siedział. Nawet w budce z watą cukrową nikogo nie było. Miałam wrażenie, że to miejsce jest nawiedzone. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że moja myśl utworzyła właśnie sytuację ironiczną. Przecież tu były same duchy.
     Znów przefarbowałam włosy. Tym razem na czarno – w dodatku postanowiłam, że je trochę wydłużę, tak mniej więcej do połowy pleców. To i tak było nic w porównaniu z tym, jakiej długości były włosy mojego prawdziwego ciała. Makijaż zrobiłam sobie mocny, na nogi ubrałam czarne rajstopy i glany, których nigdy za bardzo nie lubiłam. Dodałam do tego krótkie, ciemnogranatowe spodenki i jasnozielony T-shirt. I szelki w szachownicę. W sumie to nie wiem, przeciwko czemu się buntowałam.
     Poprawiłam szmacianą torbę przewieszoną przez ramię i zrobiłam kolejny krok, wchodząc w głąb wesołego miasteczka. Ciągle się rozglądałam jakby w nadziei, że nauki Jamesa nie są do końca prawdziwe i mogę tu spotkać kogoś, kto by mnie zrozumiał. Nie jakiegoś ducha czy anioła, którego obowiązkiem jej sprawować nade mną pieczę – tylko kogoś, kto nie wie wszystkiego, lubi piłkę nożną i nie protestuje, kiedy dokleja mu się skrzydła.
     Zignorowałam neony, kiedy zauważyłam ciemnozieloną ławkę ustawioną przy drewnianej konstrukcji schodów prowadzących do kasy obsługującej klientów kolejki, których nigdy tutaj nie było. Podeszłam do niej krokiem wyrzutka zastanawiając się, czy nie lepiej byłoby mi z kapeluszem. Stwierdziwszy, że i tak nikt nie będzie mnie tutaj oglądać wyobraziłam sobie jeden z tych, które kiedyś widziałam w sklepie podczas przedświątecznych zakupów z Lovely – taki czarny z atłasową wstążką. Teraz - stojąc z boku – mogłam skrytykować samą siebie. Byłam całkowitym przeciwieństwem tej Invisible, którą znałam.
     Gdy tylko usiadłam na brzegu, założyłam nogę na nogę i skrzyżowałam ręce na piersi. Po raz ostatni rozejrzałam się wokół własnej osi jakby szukając czegoś, co mogłabym poprawić swoim doskonałym umysłem, jednakże nie znalazłam ani krzty weny, którą opłacałoby się przeznaczyć na ten cel. Sięgnęłam więc do swojej torby i wyciągnęłam z niej książkę, której nie powinnam była sobie wyobrażać. Nie w wieku dziewiętnastu lat.
     Poczułam na ramieniu coś w rodzaju oddechu. Starając się zachować spokój przymknęłam oczy, ściskając w dłoniach brzegi twardo oprawionej lektury. Zaczęłam drżeć uświadamiając sobie, że wcale nie chcę tu być i nie mam pojęcia, co tutaj robię. To było z pewnością najstraszniejsze miejsce, w jakim kiedykolwiek się znalazłam. Czy jest coś gorszego niż pędząca karuzela dla dzieci bez dzieci? Albo kolejka górska jadąca bez pasażerów?
     Machnęłam ręką, by uderzyć siedzącą obok mnie osobę książką. Trafiłam ją w twarz, jednak moja ręka odczuła to tak, jakbym uderzyła pięścią w teflonową patelnię. Otworzyłam oczy i usta, natychmiast przyciskając palące z bólu palce do brzucha. Zwinęłam się w kłębek – choć byłam cicho, miałam ochotę krzyknąć. Książka upadła swobodnie na beton, otwierając się na ostatniej stronie.
- James ci mówił, że jesteśmy twardzi jak skała – choć uśmiechnięta twarz Logana wydawała mi się serdeczna, miałam ochotę wsadzić go do karuzeli łańcuchowej i rozerwać łańcuch podczas jej pracy. – Nie dość, że nie mamy uczuć, to jeszcze nic nas nie boli.
     Zacisnęłam zęby. Spojrzałam na niego w skupieniu spode łba. Nie robiłam tego po raz pierwszy, więc bezprecedensowo mi się udało. Gdy paliczki już tak bardzo nie dawały o sobie znać, i ja się uśmiechnęłam. A Loganowi nie pozostało nic innego jak odwrócić się do tyłu i zdziwić się. Uwielbiałam, jak moi aniołowie marszczyli w ten sposób czoła.
- Hej, co to ma znaczyć? – spytał mnie lekko zniesmaczony. – Kim ja jestem, jakimś wielkim gołębiem pokoju czy świrusem reklamującym prymitywne linie lotnicze? Wyglądam jak kretyn.
- Nie marudź, bo zamknę cię w kartonie – prychnęłam, wyprostowując się i zakładając nogę na nogę. – Domalowuję skrzydła wszystkim, z którymi rozmawiam.
- Wiem – przytaknął mi niechętnie. – Chłopcy już zdążyli mi się poskarżyć.
- Banda debili – prychnęłam, patrząc sztywno przed siebie i krzyżując ręce na piersi. – Nie umieją trzymać języka za zębami. A niech im odpadną.
- Nie miej im tego za złe – Logan stanął po ich stronie, co mnie lekko zdziwiło. – Nie wiedzą o ludziach tyle, co ja. Nie doświadczyli jeszcze czegoś takiego jak ludzka wyobraźnia. Na miłość Boską, zrozum ich.
     Westchnęłam. Coś w ściankach mojego serca drgało informując mnie o tym, iż mój rozmówca jest jedynym w tym moim dziwnym świecie, który będzie w stanie pojąć moje zachowania i wahania nastrojów. Byłam skazana na bluesa.
     Odwróciłam się w jego stronę, by okazać choć trochę serdeczności. Gdyby rzeczywiście miał uczucia, zabiłby mnie tu dla dobra ogółu. Pochylił się, by podnieść z ziemi moją książkę, choć mogłam ją przecież do siebie przywołać. Miałam wrażenie, że lubi takie zwykłe, ludzkie odruchy. Widocznie takie banały jak schylanie się po coś czy podchodzenie do czegoś sprawiały mu dziwną przyjemność, której człowiek nie jest w stanie zrozumieć. Może dlatego, że ludzie mają to na co dzień, i nic więcej. Nic poza tym.
- Piękna i Bestia? – spytał, jakby nie dowierzał. Odchylił się nieco do tyłu.
- Owszem – uśmiechnęłam się, pstrykając palcami. Nie mogłam już wytrzymać, patrząc na nienaruszoną biel tych ubrań. W czarnej, skórzanej kurtce było mu o wiele lepiej. Nie wiem nawet, czy to zauważył.
- A dlaczego ta książka? – spytał, podając mi ją. – Dziewczyny w twoim wieku wolą raczej jakieś romansidła, kryminały lub harlekiny. Jedna z niewielu rzeczy ludzkich, których nie rozumiem.
- Widocznie nie jesteś tak bardzo obeznany ze światem człowieka, więc nie chwal się tym na każdym kroku – rzuciłam lekko uszczypliwie, wyrywając mu ją z ręki. – Człowiek jest istotą trudną z bardzo złożoną psychiką. Jeśli coś lubi, to tak jest i już. A ja lubię Piękną i Bestię.
- Opowiedz mi tę historię – poprosił niczym człowiek prosty jak budowa cepa.
     Poczułam coś w rodzaju deja vú. Nie dalej jak kilkanaście godzin świetlnych temu Kendall poprosił mnie o to, by streścić mu mój ulubiony mit. Teraz Logan spytał mnie o wyjaśnienie treści mojej ulubionej bajki z dzieciństwa. Byłam trochę zła i miałam ochotę zetrzeć mu ten uśmiech za pomocą śrutu i jakiejś dobrej strzelby, niemniej jednak fakt, iż nie jest on w stanie odczuć mojej złośliwości działał na mnie współczująco. Było mi szkoda, że tyle wie, a nawet nie może wykorzystać swojej wiedzy w praktyce poprzez to, że mu dogryzam. To dyskwalifikowało go z nazewnictwa istoty ludzkiej i miałam ochotę go pocieszyć.
     Odchrząknęłam.
- Jest sobie taka dziewczyna, Bella – zaczęłam oficjalnie, by zaraz potem przymknąć oczy i się rozkręcić. – Miała ojca debila, który zbudował jakąś dziwną maszynę, nie wiem nawet czemu służącą. Chciał ją zawieźć na jakiś konkurs, ale w drodze zgubił się w lesie. Natknął się na zamek, a że było zimno i padał śnieg, postanowił się w nim zatrzymać. Niestety ze względu, iż był to zamek Bestii, świrus został uwięziony przez niego w lochu. Jednakże jego koń wrócił do domu, przez co Bella zorientowała się, że coś jest nie halo i pojechała w jego stronę. Ostatecznie uwolniła ojca przysięgając Bestii, że zostanie tu na jego miejsce do końca swojego życia. Bestia była tak naprawdę księciem zaklętym w kreaturę za swój egoizm i tylko prawdziwa miłość ze strony dziewczyny mogła go uratować. Okazało się też, że sprzęty w zamku to zaklęci… czemu zakrywasz usta dłonią?
- Bo się śmieję – odparł Logan tak prosto, że mało nie spadłam z ławki.
- A mogę wiedzieć, co cię tak śmieszy? – spytałam ze zmarszczonym czołem, ponownie założywszy nogę na nogę. Moja postawa była jeszcze bardziej przepełniona buntem.
- Dziewiętnastolatka lubiąca bajki, a to dobre – zachichotał. Idiota.
- Twoje zachowanie utwierdza mnie w przekonaniu, iż wcale nie wiesz o ludziach więcej niż pozostali z twojej grupy – powiedziałam. – Wręcz przeciwnie. Boże, kogoś ty mi tu zgotował…
- No i co było dalej? – drążył z uśmiechem jak gdyby nigdy nic, ocierając łzę wyciśniętą ze śmiechu.
- Bestia była zła, ale zakochała się w Belli i była dobra. Potem adorator Gaston chciał go zajebać. I zajebał. Tylko głupia Bella się zakochała i ten nie umarł. Zamienił się w takie ciacho, że o ja pierdole.
     Logan przestał się śmiać. Pewnie już znajomy był mu mój oryginalny sposób opowiadania historii i kwieciste słowa w nich używane. Uniósł jedną brew, przez co wyglądał nieco poważniej. Ale to tylko pozory – nadal był idiotą.
- I to tyle? – spytał, jakby nieco zawieziony. – Żadnych wątków pobocznych, punktów zaczepienia, nic?
- Oh nie, mnóstwo się tam dzieje – machnęłam ręką. – Ale ci nie powiem. I tak się ze mnie śmiejesz.
- Nie śmieję się z ciebie, tylko z twojego toku myślenia – bronił się, pokazując mi otwarte dłonie na znak poddania. – Uwierz mi, ciągle się uczę. Ale co z przeszłością? Bo to chyba w niej tkwi twoje uwielbienie do zwykłej bajki, prawda? Powiedz mi, dlaczego ją lubisz?
     To pytanie było proste jak konstrukcja jego własnego mózgu. Uderzyło we mnie jednak z taką siłą, jakby ktoś rzucił we mnie nie kamieniem, a głazem. Głazem wielkim jak jego ego. Podkurczyłam nogi w kolanach i oplótłszy je rękoma udałam, że się zastanawiam. Oparłam podbródek o obite rajstopami kościste kolana i obserwowałam w milczeniu, jak w odległości kilkudziesięciu metrów świetlnych mknie pusta kolejka. Dziwnie było słyszeć wokół siebie huki, krzyki dzieci, clownów i rozmowy wiedząc, że jest się samemu w centrum własnego umysłu.
- W pierwszej klasie liceum wygrałam casting do szkolnego przedstawienia do roli Belli – westchnęłam, mierząc się z niszczącymi mnie wspomnieniami. – Bestią został najcudowniejszy chłopiec w szkole. Miał blond włosy, dwa metry i grał w kosza. Spotykaliśmy się przez cztery miesiące po dwa razy w tygodniu na próbach. Ale w dniu premiery zachorował, a na jego miejsce wszedł jego dubler, którego nie kojarzyłam mimo tego, iż był obecny na każdej próbie, a podczas naszych spotkań siedział za kurtyną i kuł tekst, obserwując naszą grę.
      Czasami żałowałam, że mój umysł nie zabrał mi wspomnień wraz z ludźmi, których kochałam. Zabrał mi wszystkie drzwi, a zostawił okno do piekła, przez które przechodziłam każdej minuty podczas pobytu w tym nierealnym miejscu. Miałam wrażenie, że Logan stara się wpasować w moje ciało, bo siedział skupiony i wpatrzony w moje potargane, czarne włosy, niepodobny do tego anioła, z którym jeszcze przed chwilą toczyłam rozmowę. To było chyba najdziwniejsze.
- Przez większość przedstawienia postać księcia była bestią, więc miał na głowie wielką maskę, przez którą nie sposób byłoby kogokolwiek poznać – kontynuowałam przyłapawszy się na tym, że jak diabli chce mi się płakać. – Tak było też podczas premiery. Było mi smutno, że to nie Stephen gra ze mną w duecie główną rolę, jednak w połowie zorientowałam się, że jego zastępca ma cudowne ruchy, zna tekst o wiele lepiej niż on, a w scenach tańca bił go na głowę. Dziwne, bo myślałam, że lepszym od niego być się nie da. Miał tak piękny głos, że aż przechodziły mi ciarki, kiedy wypowiadał swoje kwestie. Raz nawet sama z wrażenia zapomniałam tekstu – wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się mimowolnie. Nie mogłam inaczej. – W scenie finałowej Bestia umierała, a ja jako Bella miałam wyznać jej miłość, ściągnąć maskę i pocałować w czubek głowy. Byłam strasznie ciekawa, kim też jest mój partner z planu, którego nieobecności nie zauważyłam z racji, iż byłam zbyt zapatrzona w Stephena.
     Zamilkłam na dłuższą chwilę.
- I co dalej? – dopytywał się Logan, wyrywając mnie z zamyślenia. Wzdrygnęłam się, wracając do punktu wyjścia w nadziei, że owy obraz nie nadejdzie. Wyskubałam z jego skrzydła białe pióro z obojętną, chłodną miną. – Co zrobiłaś?
- To, co było w scenariuszu – wyjaśniłam bezprecedensowo. – Kiedy Bestia leżała na ziemi wysmarowana keczupem po walce z Gastonem, którego grał jakiś mulat z ostatniej klasy, powiedziałam mu, że go kocham. Jednakże mój sceniczny ukochany podważył to, co do tej pory ćwiczyliśmy i odegrał tę scenę po swojemu. Zamiast czekać, aż to ja ściągnę mu maskę, sam to zrobił. I mnie pocałował. W usta.
     Mój monolog dobiegał końca. Jednak najgorsze było dopiero przede mną.
- Widownia szalała, biła brawa i wiwatowała na stojąca nawet wówczas, gdy znaleźliśmy się za kurtyną. W ogóle nie zorientowali się, że coś poszło inaczej, niż zakładano. Podobało im się. A ja tymczasem nie umiałam się poruszyć: ciągle klęczałam nad chłopcem z drugiej klasy, który patrzył się na mnie uroczo. Trzymał moją twarz w dłoniach jeszcze przez minutę, nim znów mnie nie pocałował.
     Mój świszczący oddech był głośny i ciężki jak moje powieki. Nim je przymknęłam, udało mi się zakonotować, że Logan poprawia swoje lewe skrzydło, siedząc w podobnej pozycji co ja.
- Od tamtej pory nie rozstawaliśmy się, a nasi znajomi śmiali się, że nazywam go pieszczotliwie Bestią – zaśmiałam się, próbując sama uwierzyć w radość tej informacji. – Może to głupio zabrzmi, ale dziś dziękuję w duchu Stephenowi. Gdyby nie jego biegunka, nie byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
     Logan uśmiechnął się, a w jego oczach widziałam zrozumienie. To było dziwne, bo żaden z moich aniołów nie miał w sobie takiej iskry. Może rzeczywiście wie o ludziach tyle, by móc zidentyfikować to, co się we mnie kotłuje? Miałam wrażenie, że czyta mi w duszy, choć zablokowałam tę opcję na samym początku, gdy tylko dowiedziałam się o takiej możliwości. A ta bariera była nie do przebicia. Jednak nie mógł być tak tępy, na jakiego wyglądał. Nie zmieniało to jednak faktu, że wciąż był dla mnie jak bażant uciekający przed śrutem.
     Niespodziewanie poczułam w ramieniu mocne ukłucie. Bardzo mocne. Podskoczyłam na swoim miejscu, uderzając złączonymi stopami o beton.
- Aua! – krzyknęłam, podwijając rękaw. Nie zauważyłam jednak, by cokolwiek się zmieniło: nic mnie nie dotknęło ani nie ugryzło. Potarłam lekko ramię dłonią, a gdy odwróciłam się w stronę Logana zorientowałam się, że siedzi właśnie ze zwieszoną głową i z łokciami opartymi o rozkraczone kolana. Wyglądał, jakby w ułamku sekundy stracił sens bytu i chęć do życia.
     Przekręciłam głową. Zaczęłam przestać cokolwiek rozumieć.
- Co się stało, Logan? – spytałam, przekładając szmacianą torebkę na drugą stronę ławki, by nas nie dzieliła. Jego oczy były… smutne. Zupełnie, jak u człowieka.
- Podano ci zastrzyk – wyjaśnił, nie racząc nawet na mnie spojrzeć. – Poczułaś ból ze swojego ciała tu, na górze. To żadna anomalia, zdarza się. Wiesz przecież, że jeśli się skupisz, to możesz poczuć nawet dotyk drugiej osoby. A to tylko igła.
- Czemu więc jesteś smutny? – spytałam ponownie.
     Wyglądało to tak, jakbyśmy zamienili się rolami. Duch spojrzał w gwiazdy, wstrzymując i tak niemy oddech.
- Chciałbym kiedyś móc poczuć ból – wyjaśnił. – Ale nie tak bardzo, jak ktoś inny podobny do mnie.
- Co nasz na myśli?
- Odeślij mnie do białej próżni, proszę.
     Gdy zwróciłam uwagę na wyraz jego twarzy, coś we mnie drgnęło. Nie mogłam nawet mu się przeciwstawić. Choć James z uporem psychopaty powtarzał mi, że żaden z czwórki towarzyszących mi aniołów nie ma uczuć, nie mogłam wyzbyć się wrażenia, iż mój rozmówca zaraz się rozpłacze. Przychyliłam się więc do jego prośby żądając, by natychmiast powrócił tam, skąd do mnie przybył. Dziwnie było mi w tym momencie mieć taką władzę absolutną. Zabrał ze sobą całe wesołe miasteczko i ławkę, przez co niespodziewanie upadłam w ciemnię. Znów byłam sama w centrum wszechświata, z podkulonymi kolanami i bólem w ramieniu, który palił jak ogień z piekieł.
     Uratowałam go, powtarzałam sobie. Ale nie udało mi się uratować samej siebie. Dryfując w więzieniu wyobraźni czekałam, aż mój stan się ustabilizuje. Było mi zimno i brakowało bluzy człowieka, którego kochałam ponad własne istnienie. Moją Bestię, która nie mogła zdjąć ze mnie maski samotności i żalu do samej siebie.
     Wbiwszy paznokcie w skórę otworzyłam usta i czekałam na prawdziwy cud. Tymczasem znów opętał mnie duch, zabierając mi z piersi część serca i wspomnień, których do tej pory chroniłam jak matka własnego dziecka w obliczu niesprawiedliwości. To był moment, w którym chciałam przekroczyć dzielącą mnie od śmierci cienką, czerwoną linię. Stałam nad przepaścią z życiodajną woda, która mogła mnie zabić.
     Zrobiłam krok w przód orientując się, że trzymam w dłoni złotą wstążkę, którą niegdyś Jeremy wiązał mi włosy. Poczułam benzynę we krwi i fakturę zeschłych kwiatów na skórze.