środa, 26 grudnia 2012

Piosenka bez przesłania o żółtym czajniku

Rozdział 10

     Na swojej twarzy czułam wyraźnie każde włókno północnego wiatru z osobna. Tak bardzo odwlekałam to wszystko, co czekało za rogiem – chciałam się do tego jak najlepiej przygotować. Poprawiłam czarny płaszcz i położyłam ręce na klawiszach fortepianu.
     Zaczęłam grać piosenkę, której nigdy nie słyszałam. Zewsząd otaczały mnie kałuże i puste, nawiedzone blokowiska. Gdyby ktokolwiek tu był, wyśmiałby dziewczynę o prostych blond włosach, która przytargała ze sobą na środek parkingu samochodowego wielki instrument w celu przemyślenia swojej beznadziejności. Grałam jednak w samotności wierząc, że na wszystko mam jeszcze czas. Było mi zimno, a lampy stojące przy krawężniku świeciły zdecydowanie za jasno i za pomarańczowo. Nie chciało mi się jednak niczego poprawiać – pochłonęłam się grą na fortepianie, którego nie powinno tu być.
     Spod płaszcza wystawały moje cienkie nogi, obite delikatnie jeansowym, ciemnogranatowym materiałem. Znajdujące się na stopach czerwone trampki absolutnie nie pasowały ani do tych spodni, ani do mojej piosenki. Była zbyt klasyczna na moje uszy, jednak palce same chodziły mi po klawiszach jakby wiedząc lepiej ode mnie, kim jestem.
     Spojrzałam na gwieździste niebo, które kończyło się w miejscu, gdzie nie dochodziło światło. Nie przerywając swojej płynnej gry zaczęłam zastanawiać się, czym jest kobieta. Nie miałam wątpliwości ku temu, że stanowi ona osobny gatunek w niczym nie przypominający normalnego człowieka. Bo jak tu ufać czemuś, co krwawi pięć dni i nie umiera? Poza tym, dlaczego myślimy jedno, mówimy drugie, a robimy piąte? No dlaczego, z jakiej racji? Czy to jest ten idealny twór, którym zachwycano się od pokoleń? Przecież to fatalny organizm. Przynajmniej ja byłam femme fatale. Śpiewałam o sztuce samobójstwa, którego nigdy bym nie popełniła, w dodatku patrzyłam przy tym w górę. To chyba hipokryzja.
     Uniosłam palce do góry – przestałam grać. Ostrożnie odsunęłam taboret i wstałam, wsadzając dłonie do kieszeni. Fortepian zniknął bez żadnego dźwięku, a ja pozwoliłam, by wiatr rozwiał mi włosy w tył. Bardzo małymi i powolnymi krokami zbliżałam się w stronę chodnika, w który wbitych było kilka wspomnianych wcześniej lamp. Idąc tak zaczynałam mieć wątpliwości w słuszność swoich dotychczasowych czynów. A co, jeśli końca nie ma? A może już był, a ja o tym nie wiem? Były dni, kiedy myślałam, że cała ta chora sytuacja jest jakimś moim wymysłem, a tak naprawdę dryfuję w nieskończonej próżni, w której cząsteczki pustki układają się szeregowo i równolegle do przybranej postawy ciała. Zaczęłam grupować to, co miałam na różne kategorie, które i tak były absurdalne, jak wszystko tutaj zresztą.
     Przed oczami mignęła mi twarz Jeremy’ego, który biegł przez boisko z szybkością strzały. Zignorowałam to – przyzwyczaiłam się to takich wizji w chwilach wątpliwości. Przecież ja nadal stałam na środku betonowego, pustego fragmentu ulicy, a otaczające mnie bloki z czystymi oknami i włączonymi wewnątrz mieszkań telewizorami przypominały mi o tym, jak bardzo jestem wybrana i jak wielką mam wyobraźnię. Nucąc cicho dalszy ciąg piosenki o sztuce samobójczej śmierci zatrzymałam się przy sercu z kredy, które jakaś dusza zostawiła na chodniku. Było duże, białe i na pierwszy rzut oka pięcioletnie. Zatęskniłam trochę za swoim fortepianem, jednak nie przywołałam go do siebie za pomocą słowa – wciąż słyszałam płynące z niego nuty. Utkwiłam wzrokiem w smudze rzucanej przez jedną z latarń, w której zaczęły pojawiać się pojedyncze płatki śniegu. Tak, jak chciałam. Tak, jak miałam chcieć.
     Spojrzałam w bok – Carlos stał w identycznej pozie co ja, z rękoma w kieszeni i z oczami w gwiazdach.
- Nie bój się – powiedział spokojniej niż zwykle, z delikatnym uśmiechem. Nie obdarował mnie jednak przy tym żadnym spojrzeniem. – Ty tylko wypełniasz plan.
- Napiłabym się piwa – oznajmiłam, mrużąc oczy. – Ale nie jakiegoś z sokiem. Takiego zimnego, gorzkiego, w ogóle nie kobiecego. I chcę, żeby mi się po nim chamsko odbijało.
- Chcesz w ten sposób wyzbyć się kobiecości?
- Powiedzmy. Nie chcę być kobietą fatalną.
     Carlos zaśmiał się serdecznie i ładnie, jeśli mogę pokusić się o takie słowa. Jego białe żeby błyszczały, a śnieg padał coraz mocniej.
- Ale ty wszystko lubisz odwlekać – prychnął jakby w przestrzeń. Nie mogłam zaprzeczyć: specjalnie nie wymyśliłam umówionej śnieżycy od razu, tylko szłam ku niej stopniowo.
- Zrozum mnie – poprosiłam, spuszczając głowę i wpatrując się w białe czubki swoich trampek. – Jak chłopcy?
- Nie widziałem się z nimi od jakiegoś czasu – przyznał. – Ale czuję ich aurę. Nie są smutni ani szczęśliwi. Dryfują zamrożeni w białej próżni i o niczym nie mają pojęcia.
- Chciałabym ich kiedyś przeprosić.
- O to się nie martw – powiedział nieco rozkazującym tonem. – Oni sobie poradzą. Pytanie tylko, czy i ty dasz radę.
- Jeremy Bruno Whitewine – przypomniałam mu. – Jestem zdecydowana. Ale piwa i tak bym się napiła.
- Kiedyś rozmawiałem z Kendallem o tym przenoszeniu dusz na obie strony linii – rzucił ni stąd ni zowąd. – Chciałem wiedzieć, jak to wygląda. A on powiedział mi, że czuje indywidualną odpowiedzialność za życie, które trzyma w ramionach. To smutne, że już nigdy tego nie zrobi.
     Przełknęłam ślinę. Śnieżyca nabrała na sile, mocząc pozlepianymi płatkami moje włosy i sprawiając, że wyglądały jak sztywne druty. Kiedy spadła gwiazda, wiedziałam, że już czas. Że to ten moment. Wyciągnęłam prawą dłoń z kieszeni i chwyciłam dłoń Carlosa, nieustannie patrząc w zimowe, nocne niebo. Zamknęłam oczy i czekałam, aż ten obejmie mnie i przyciśnie moje serce do swojego. Tylko w ten sposób mogło mi się udać.
     Skupiłam się bardziej niż zwykle. Tym razem całą swoją moc miałam przelać w żyły mojego anioła, by już zawsze mógł czuć się jak człowiek. Napięłam mięśnie twarzy i przepuściłam przez palce energię, która niczym woda przelewana przez lejek trafiała bezproblemowo do układu Carlosa i wypełniała go od wewnątrz. Cała moja siła opuszczała mnie, a moje nogi zamieniły się w watę. Duch musiał mnie mocniej przytrzymać, bym nie upadła w tworzącą się wokół nas zaspę. To trwało krócej, niż mi się wydawało. A kiedy było już prawie po wszystkim, Carlos podniósł dłonią moją grzywkę i spojrzał mi w oczy. Czerwień tęczówek zniknęła, teraz to on miał piękne, złote obręcze wokół źrenic.
- Czuję, Invisible – szepnął z kamienną twarzą. – Czuję, jak twoje życie ode mnie zależy.
- Słucham?
- Twoja skóra jest taka papierowa.
     Choć tkwiłam w absolutnej ciemności, wiedziałam doskonale, że to jego usta są takie ciepłe i miękkie. Dzięki temu pocałunkowi mogłam przekazać mu resztki mocy, która we mnie zalegała. Zgodnie z naszą umową. Z każdą chwilą było mi coraz bardziej obojętne, ile czasu mi jeszcze zostało. Prawdę mówiąc był tak delikatny i tak bardzo nie chciał zrobić mi krzywdy, że aż się przestraszyłam. Poddałam mu się, nie mając w sumie innego wyboru. Ale jego namiętność była inna niż ta, którą czułam w palcach Kendalla, Jamesa czy Logana. Carlos miał coś, co było bardziej ludzkie niż człowiek.
     W ułamku sekundy wszystko wróciło. Cała moja moc na powrót znalazła się w moim ciele, choć mój anioł nadal pochylał się nade mną i uczył człowieczeństwa. Otworzyłam oczy w momencie, w którym Carlos postawił mnie wyprostowaną na ziemi.
- Szybko! – krzyknął, wskazując ręką w kierunku czarnej dziury, która powstała między dwoma miejscami parkingowymi. Nagła zmiana jego postawy była dezorientująca. – Pospiesz się!
     W jego oczach widziałam, że zależy mu na tym, by moja akcja się powiodła. Natychmiast zrozumiałam, że jego wolą było pozostawienie w moim ciele krzty mocy: bo przecież w dalszym ciągu był bardzo człowieczy. To on teraz był mną, w pewnym sensie. Ziemia zaczęła się trząść. A to był znak, że nie mam dużo czasu.
      Spełniwszy wszystkie warunki Paktu Zdrady, zmierzyłam w stronę portalu prowadzącego do świata ludzi. Zgodnie z zamierzeniami paktu, by go otworzyć musiałam uwieść czterech aniołów przy użyciu natury ludzkiej. Teraz miałam okazję zobaczyć Jeremy’ego. Wreszcie.
     Ziemia zatrzęsła się bardziej.
- Biegnij! – Carlos machał rękoma jak szalony. – Ja będę pilnował portalu! Błagam, nie odwracaj się!
- Czy ty się boisz? – spytałam. Już nie umiałam zatrzymać śnieżycy.
- Nie zadawaj mi pytań! – wrzasnął. – Biegnij, biegnij, błagam cię, Invisible!
     Nie wiem czemu, ale nie chciałam uciekać. Nie miałam zamiaru zostawiać świata, który przez kilka miesięcy tak starannie tworzyłam. Poczułam, że się przywiązałam. W jednej chwili wszystkie moje myśli o ziemskim życiu stały się nieważne, a ja otworzyłam usta, by coś powiedzieć.
     Ale nie zdążyłam. Carlos z miną kata podszedł do mnie, złapał za brzegi płaszcza i przyciągnąwszy mnie do siebie pocałował z iskrą wieczności, po czym wepchnął mnie do portalu. Nie mogłam krzyknąć – spadałam długo, nie zwięźle i nie na temat.