środa, 26 grudnia 2012

Nocą deszcz boli najbardziej

Rozdział 4

     Szczerze mówiąc, to nie chciało mi się wchodzić do tego wesołego miasteczka wiedząc, że tak czy siak nikogo tam nie spotkam. To żadna frajda bawić się samemu. Z drugiej strony bombardowałam się myślą, że nie po to je stworzyłam, by teraz tak stało bezczynnie i straszyło chłopców lub - nie daj Boże! - inną zabłąkaną duszę mi podobną, która przypadkowo trafi do mojej głowy, bo Kendall wniesie ją nie przez te drzwi, co trzeba. Zrobiłam krok w przód, a deski zaskrzypiały pod ciężarem mojego medium.
     Rozejrzałam się dookoła własnej osi. Moje oczy w jednej chwili zostały porażone milionami kolorowych świateł i neonów, które miały za zadanie zwrócić moją uwagę na atrakcje parku rozrywki. Nie cieszyło mnie to zbytnio: choć wszystkie urządzenia były w ruchu, ani na nich, ani w kasach nikt nie siedział. Nawet w budce z watą cukrową nikogo nie było. Miałam wrażenie, że to miejsce jest nawiedzone. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że moja myśl utworzyła właśnie sytuację ironiczną. Przecież tu były same duchy.
     Znów przefarbowałam włosy. Tym razem na czarno – w dodatku postanowiłam, że je trochę wydłużę, tak mniej więcej do połowy pleców. To i tak było nic w porównaniu z tym, jakiej długości były włosy mojego prawdziwego ciała. Makijaż zrobiłam sobie mocny, na nogi ubrałam czarne rajstopy i glany, których nigdy za bardzo nie lubiłam. Dodałam do tego krótkie, ciemnogranatowe spodenki i jasnozielony T-shirt. I szelki w szachownicę. W sumie to nie wiem, przeciwko czemu się buntowałam.
     Poprawiłam szmacianą torbę przewieszoną przez ramię i zrobiłam kolejny krok, wchodząc w głąb wesołego miasteczka. Ciągle się rozglądałam jakby w nadziei, że nauki Jamesa nie są do końca prawdziwe i mogę tu spotkać kogoś, kto by mnie zrozumiał. Nie jakiegoś ducha czy anioła, którego obowiązkiem jej sprawować nade mną pieczę – tylko kogoś, kto nie wie wszystkiego, lubi piłkę nożną i nie protestuje, kiedy dokleja mu się skrzydła.
     Zignorowałam neony, kiedy zauważyłam ciemnozieloną ławkę ustawioną przy drewnianej konstrukcji schodów prowadzących do kasy obsługującej klientów kolejki, których nigdy tutaj nie było. Podeszłam do niej krokiem wyrzutka zastanawiając się, czy nie lepiej byłoby mi z kapeluszem. Stwierdziwszy, że i tak nikt nie będzie mnie tutaj oglądać wyobraziłam sobie jeden z tych, które kiedyś widziałam w sklepie podczas przedświątecznych zakupów z Lovely – taki czarny z atłasową wstążką. Teraz - stojąc z boku – mogłam skrytykować samą siebie. Byłam całkowitym przeciwieństwem tej Invisible, którą znałam.
     Gdy tylko usiadłam na brzegu, założyłam nogę na nogę i skrzyżowałam ręce na piersi. Po raz ostatni rozejrzałam się wokół własnej osi jakby szukając czegoś, co mogłabym poprawić swoim doskonałym umysłem, jednakże nie znalazłam ani krzty weny, którą opłacałoby się przeznaczyć na ten cel. Sięgnęłam więc do swojej torby i wyciągnęłam z niej książkę, której nie powinnam była sobie wyobrażać. Nie w wieku dziewiętnastu lat.
     Poczułam na ramieniu coś w rodzaju oddechu. Starając się zachować spokój przymknęłam oczy, ściskając w dłoniach brzegi twardo oprawionej lektury. Zaczęłam drżeć uświadamiając sobie, że wcale nie chcę tu być i nie mam pojęcia, co tutaj robię. To było z pewnością najstraszniejsze miejsce, w jakim kiedykolwiek się znalazłam. Czy jest coś gorszego niż pędząca karuzela dla dzieci bez dzieci? Albo kolejka górska jadąca bez pasażerów?
     Machnęłam ręką, by uderzyć siedzącą obok mnie osobę książką. Trafiłam ją w twarz, jednak moja ręka odczuła to tak, jakbym uderzyła pięścią w teflonową patelnię. Otworzyłam oczy i usta, natychmiast przyciskając palące z bólu palce do brzucha. Zwinęłam się w kłębek – choć byłam cicho, miałam ochotę krzyknąć. Książka upadła swobodnie na beton, otwierając się na ostatniej stronie.
- James ci mówił, że jesteśmy twardzi jak skała – choć uśmiechnięta twarz Logana wydawała mi się serdeczna, miałam ochotę wsadzić go do karuzeli łańcuchowej i rozerwać łańcuch podczas jej pracy. – Nie dość, że nie mamy uczuć, to jeszcze nic nas nie boli.
     Zacisnęłam zęby. Spojrzałam na niego w skupieniu spode łba. Nie robiłam tego po raz pierwszy, więc bezprecedensowo mi się udało. Gdy paliczki już tak bardzo nie dawały o sobie znać, i ja się uśmiechnęłam. A Loganowi nie pozostało nic innego jak odwrócić się do tyłu i zdziwić się. Uwielbiałam, jak moi aniołowie marszczyli w ten sposób czoła.
- Hej, co to ma znaczyć? – spytał mnie lekko zniesmaczony. – Kim ja jestem, jakimś wielkim gołębiem pokoju czy świrusem reklamującym prymitywne linie lotnicze? Wyglądam jak kretyn.
- Nie marudź, bo zamknę cię w kartonie – prychnęłam, wyprostowując się i zakładając nogę na nogę. – Domalowuję skrzydła wszystkim, z którymi rozmawiam.
- Wiem – przytaknął mi niechętnie. – Chłopcy już zdążyli mi się poskarżyć.
- Banda debili – prychnęłam, patrząc sztywno przed siebie i krzyżując ręce na piersi. – Nie umieją trzymać języka za zębami. A niech im odpadną.
- Nie miej im tego za złe – Logan stanął po ich stronie, co mnie lekko zdziwiło. – Nie wiedzą o ludziach tyle, co ja. Nie doświadczyli jeszcze czegoś takiego jak ludzka wyobraźnia. Na miłość Boską, zrozum ich.
     Westchnęłam. Coś w ściankach mojego serca drgało informując mnie o tym, iż mój rozmówca jest jedynym w tym moim dziwnym świecie, który będzie w stanie pojąć moje zachowania i wahania nastrojów. Byłam skazana na bluesa.
     Odwróciłam się w jego stronę, by okazać choć trochę serdeczności. Gdyby rzeczywiście miał uczucia, zabiłby mnie tu dla dobra ogółu. Pochylił się, by podnieść z ziemi moją książkę, choć mogłam ją przecież do siebie przywołać. Miałam wrażenie, że lubi takie zwykłe, ludzkie odruchy. Widocznie takie banały jak schylanie się po coś czy podchodzenie do czegoś sprawiały mu dziwną przyjemność, której człowiek nie jest w stanie zrozumieć. Może dlatego, że ludzie mają to na co dzień, i nic więcej. Nic poza tym.
- Piękna i Bestia? – spytał, jakby nie dowierzał. Odchylił się nieco do tyłu.
- Owszem – uśmiechnęłam się, pstrykając palcami. Nie mogłam już wytrzymać, patrząc na nienaruszoną biel tych ubrań. W czarnej, skórzanej kurtce było mu o wiele lepiej. Nie wiem nawet, czy to zauważył.
- A dlaczego ta książka? – spytał, podając mi ją. – Dziewczyny w twoim wieku wolą raczej jakieś romansidła, kryminały lub harlekiny. Jedna z niewielu rzeczy ludzkich, których nie rozumiem.
- Widocznie nie jesteś tak bardzo obeznany ze światem człowieka, więc nie chwal się tym na każdym kroku – rzuciłam lekko uszczypliwie, wyrywając mu ją z ręki. – Człowiek jest istotą trudną z bardzo złożoną psychiką. Jeśli coś lubi, to tak jest i już. A ja lubię Piękną i Bestię.
- Opowiedz mi tę historię – poprosił niczym człowiek prosty jak budowa cepa.
     Poczułam coś w rodzaju deja vú. Nie dalej jak kilkanaście godzin świetlnych temu Kendall poprosił mnie o to, by streścić mu mój ulubiony mit. Teraz Logan spytał mnie o wyjaśnienie treści mojej ulubionej bajki z dzieciństwa. Byłam trochę zła i miałam ochotę zetrzeć mu ten uśmiech za pomocą śrutu i jakiejś dobrej strzelby, niemniej jednak fakt, iż nie jest on w stanie odczuć mojej złośliwości działał na mnie współczująco. Było mi szkoda, że tyle wie, a nawet nie może wykorzystać swojej wiedzy w praktyce poprzez to, że mu dogryzam. To dyskwalifikowało go z nazewnictwa istoty ludzkiej i miałam ochotę go pocieszyć.
     Odchrząknęłam.
- Jest sobie taka dziewczyna, Bella – zaczęłam oficjalnie, by zaraz potem przymknąć oczy i się rozkręcić. – Miała ojca debila, który zbudował jakąś dziwną maszynę, nie wiem nawet czemu służącą. Chciał ją zawieźć na jakiś konkurs, ale w drodze zgubił się w lesie. Natknął się na zamek, a że było zimno i padał śnieg, postanowił się w nim zatrzymać. Niestety ze względu, iż był to zamek Bestii, świrus został uwięziony przez niego w lochu. Jednakże jego koń wrócił do domu, przez co Bella zorientowała się, że coś jest nie halo i pojechała w jego stronę. Ostatecznie uwolniła ojca przysięgając Bestii, że zostanie tu na jego miejsce do końca swojego życia. Bestia była tak naprawdę księciem zaklętym w kreaturę za swój egoizm i tylko prawdziwa miłość ze strony dziewczyny mogła go uratować. Okazało się też, że sprzęty w zamku to zaklęci… czemu zakrywasz usta dłonią?
- Bo się śmieję – odparł Logan tak prosto, że mało nie spadłam z ławki.
- A mogę wiedzieć, co cię tak śmieszy? – spytałam ze zmarszczonym czołem, ponownie założywszy nogę na nogę. Moja postawa była jeszcze bardziej przepełniona buntem.
- Dziewiętnastolatka lubiąca bajki, a to dobre – zachichotał. Idiota.
- Twoje zachowanie utwierdza mnie w przekonaniu, iż wcale nie wiesz o ludziach więcej niż pozostali z twojej grupy – powiedziałam. – Wręcz przeciwnie. Boże, kogoś ty mi tu zgotował…
- No i co było dalej? – drążył z uśmiechem jak gdyby nigdy nic, ocierając łzę wyciśniętą ze śmiechu.
- Bestia była zła, ale zakochała się w Belli i była dobra. Potem adorator Gaston chciał go zajebać. I zajebał. Tylko głupia Bella się zakochała i ten nie umarł. Zamienił się w takie ciacho, że o ja pierdole.
     Logan przestał się śmiać. Pewnie już znajomy był mu mój oryginalny sposób opowiadania historii i kwieciste słowa w nich używane. Uniósł jedną brew, przez co wyglądał nieco poważniej. Ale to tylko pozory – nadal był idiotą.
- I to tyle? – spytał, jakby nieco zawieziony. – Żadnych wątków pobocznych, punktów zaczepienia, nic?
- Oh nie, mnóstwo się tam dzieje – machnęłam ręką. – Ale ci nie powiem. I tak się ze mnie śmiejesz.
- Nie śmieję się z ciebie, tylko z twojego toku myślenia – bronił się, pokazując mi otwarte dłonie na znak poddania. – Uwierz mi, ciągle się uczę. Ale co z przeszłością? Bo to chyba w niej tkwi twoje uwielbienie do zwykłej bajki, prawda? Powiedz mi, dlaczego ją lubisz?
     To pytanie było proste jak konstrukcja jego własnego mózgu. Uderzyło we mnie jednak z taką siłą, jakby ktoś rzucił we mnie nie kamieniem, a głazem. Głazem wielkim jak jego ego. Podkurczyłam nogi w kolanach i oplótłszy je rękoma udałam, że się zastanawiam. Oparłam podbródek o obite rajstopami kościste kolana i obserwowałam w milczeniu, jak w odległości kilkudziesięciu metrów świetlnych mknie pusta kolejka. Dziwnie było słyszeć wokół siebie huki, krzyki dzieci, clownów i rozmowy wiedząc, że jest się samemu w centrum własnego umysłu.
- W pierwszej klasie liceum wygrałam casting do szkolnego przedstawienia do roli Belli – westchnęłam, mierząc się z niszczącymi mnie wspomnieniami. – Bestią został najcudowniejszy chłopiec w szkole. Miał blond włosy, dwa metry i grał w kosza. Spotykaliśmy się przez cztery miesiące po dwa razy w tygodniu na próbach. Ale w dniu premiery zachorował, a na jego miejsce wszedł jego dubler, którego nie kojarzyłam mimo tego, iż był obecny na każdej próbie, a podczas naszych spotkań siedział za kurtyną i kuł tekst, obserwując naszą grę.
      Czasami żałowałam, że mój umysł nie zabrał mi wspomnień wraz z ludźmi, których kochałam. Zabrał mi wszystkie drzwi, a zostawił okno do piekła, przez które przechodziłam każdej minuty podczas pobytu w tym nierealnym miejscu. Miałam wrażenie, że Logan stara się wpasować w moje ciało, bo siedział skupiony i wpatrzony w moje potargane, czarne włosy, niepodobny do tego anioła, z którym jeszcze przed chwilą toczyłam rozmowę. To było chyba najdziwniejsze.
- Przez większość przedstawienia postać księcia była bestią, więc miał na głowie wielką maskę, przez którą nie sposób byłoby kogokolwiek poznać – kontynuowałam przyłapawszy się na tym, że jak diabli chce mi się płakać. – Tak było też podczas premiery. Było mi smutno, że to nie Stephen gra ze mną w duecie główną rolę, jednak w połowie zorientowałam się, że jego zastępca ma cudowne ruchy, zna tekst o wiele lepiej niż on, a w scenach tańca bił go na głowę. Dziwne, bo myślałam, że lepszym od niego być się nie da. Miał tak piękny głos, że aż przechodziły mi ciarki, kiedy wypowiadał swoje kwestie. Raz nawet sama z wrażenia zapomniałam tekstu – wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się mimowolnie. Nie mogłam inaczej. – W scenie finałowej Bestia umierała, a ja jako Bella miałam wyznać jej miłość, ściągnąć maskę i pocałować w czubek głowy. Byłam strasznie ciekawa, kim też jest mój partner z planu, którego nieobecności nie zauważyłam z racji, iż byłam zbyt zapatrzona w Stephena.
     Zamilkłam na dłuższą chwilę.
- I co dalej? – dopytywał się Logan, wyrywając mnie z zamyślenia. Wzdrygnęłam się, wracając do punktu wyjścia w nadziei, że owy obraz nie nadejdzie. Wyskubałam z jego skrzydła białe pióro z obojętną, chłodną miną. – Co zrobiłaś?
- To, co było w scenariuszu – wyjaśniłam bezprecedensowo. – Kiedy Bestia leżała na ziemi wysmarowana keczupem po walce z Gastonem, którego grał jakiś mulat z ostatniej klasy, powiedziałam mu, że go kocham. Jednakże mój sceniczny ukochany podważył to, co do tej pory ćwiczyliśmy i odegrał tę scenę po swojemu. Zamiast czekać, aż to ja ściągnę mu maskę, sam to zrobił. I mnie pocałował. W usta.
     Mój monolog dobiegał końca. Jednak najgorsze było dopiero przede mną.
- Widownia szalała, biła brawa i wiwatowała na stojąca nawet wówczas, gdy znaleźliśmy się za kurtyną. W ogóle nie zorientowali się, że coś poszło inaczej, niż zakładano. Podobało im się. A ja tymczasem nie umiałam się poruszyć: ciągle klęczałam nad chłopcem z drugiej klasy, który patrzył się na mnie uroczo. Trzymał moją twarz w dłoniach jeszcze przez minutę, nim znów mnie nie pocałował.
     Mój świszczący oddech był głośny i ciężki jak moje powieki. Nim je przymknęłam, udało mi się zakonotować, że Logan poprawia swoje lewe skrzydło, siedząc w podobnej pozycji co ja.
- Od tamtej pory nie rozstawaliśmy się, a nasi znajomi śmiali się, że nazywam go pieszczotliwie Bestią – zaśmiałam się, próbując sama uwierzyć w radość tej informacji. – Może to głupio zabrzmi, ale dziś dziękuję w duchu Stephenowi. Gdyby nie jego biegunka, nie byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
     Logan uśmiechnął się, a w jego oczach widziałam zrozumienie. To było dziwne, bo żaden z moich aniołów nie miał w sobie takiej iskry. Może rzeczywiście wie o ludziach tyle, by móc zidentyfikować to, co się we mnie kotłuje? Miałam wrażenie, że czyta mi w duszy, choć zablokowałam tę opcję na samym początku, gdy tylko dowiedziałam się o takiej możliwości. A ta bariera była nie do przebicia. Jednak nie mógł być tak tępy, na jakiego wyglądał. Nie zmieniało to jednak faktu, że wciąż był dla mnie jak bażant uciekający przed śrutem.
     Niespodziewanie poczułam w ramieniu mocne ukłucie. Bardzo mocne. Podskoczyłam na swoim miejscu, uderzając złączonymi stopami o beton.
- Aua! – krzyknęłam, podwijając rękaw. Nie zauważyłam jednak, by cokolwiek się zmieniło: nic mnie nie dotknęło ani nie ugryzło. Potarłam lekko ramię dłonią, a gdy odwróciłam się w stronę Logana zorientowałam się, że siedzi właśnie ze zwieszoną głową i z łokciami opartymi o rozkraczone kolana. Wyglądał, jakby w ułamku sekundy stracił sens bytu i chęć do życia.
     Przekręciłam głową. Zaczęłam przestać cokolwiek rozumieć.
- Co się stało, Logan? – spytałam, przekładając szmacianą torebkę na drugą stronę ławki, by nas nie dzieliła. Jego oczy były… smutne. Zupełnie, jak u człowieka.
- Podano ci zastrzyk – wyjaśnił, nie racząc nawet na mnie spojrzeć. – Poczułaś ból ze swojego ciała tu, na górze. To żadna anomalia, zdarza się. Wiesz przecież, że jeśli się skupisz, to możesz poczuć nawet dotyk drugiej osoby. A to tylko igła.
- Czemu więc jesteś smutny? – spytałam ponownie.
     Wyglądało to tak, jakbyśmy zamienili się rolami. Duch spojrzał w gwiazdy, wstrzymując i tak niemy oddech.
- Chciałbym kiedyś móc poczuć ból – wyjaśnił. – Ale nie tak bardzo, jak ktoś inny podobny do mnie.
- Co nasz na myśli?
- Odeślij mnie do białej próżni, proszę.
     Gdy zwróciłam uwagę na wyraz jego twarzy, coś we mnie drgnęło. Nie mogłam nawet mu się przeciwstawić. Choć James z uporem psychopaty powtarzał mi, że żaden z czwórki towarzyszących mi aniołów nie ma uczuć, nie mogłam wyzbyć się wrażenia, iż mój rozmówca zaraz się rozpłacze. Przychyliłam się więc do jego prośby żądając, by natychmiast powrócił tam, skąd do mnie przybył. Dziwnie było mi w tym momencie mieć taką władzę absolutną. Zabrał ze sobą całe wesołe miasteczko i ławkę, przez co niespodziewanie upadłam w ciemnię. Znów byłam sama w centrum wszechświata, z podkulonymi kolanami i bólem w ramieniu, który palił jak ogień z piekieł.
     Uratowałam go, powtarzałam sobie. Ale nie udało mi się uratować samej siebie. Dryfując w więzieniu wyobraźni czekałam, aż mój stan się ustabilizuje. Było mi zimno i brakowało bluzy człowieka, którego kochałam ponad własne istnienie. Moją Bestię, która nie mogła zdjąć ze mnie maski samotności i żalu do samej siebie.
     Wbiwszy paznokcie w skórę otworzyłam usta i czekałam na prawdziwy cud. Tymczasem znów opętał mnie duch, zabierając mi z piersi część serca i wspomnień, których do tej pory chroniłam jak matka własnego dziecka w obliczu niesprawiedliwości. To był moment, w którym chciałam przekroczyć dzielącą mnie od śmierci cienką, czerwoną linię. Stałam nad przepaścią z życiodajną woda, która mogła mnie zabić.
     Zrobiłam krok w przód orientując się, że trzymam w dłoni złotą wstążkę, którą niegdyś Jeremy wiązał mi włosy. Poczułam benzynę we krwi i fakturę zeschłych kwiatów na skórze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz