Rozdział 1
Usiadłam, podkurczając nogi w kolanach. Choć głowa wciąż mnie pobolewała, nie mogłam zrzucić na nią winy, że nie rozumiem zaistniałej właśnie sytuacji. Wlepiłam swój wzrok w trzymającego mnie za ramię bruneta, jakby był jakąś wyrocznią.
- W mojej głowie? – spytałam cicho, sama siebie ledwie słysząc. Próbowałam przypomnieć sobie wszystko to, co robiłam przed atakiem wiercącego bólu. Nadaremno.
- Poczekaj, wszystko ci wyjaśnimy – zapewnił mnie, uśmiechając się stanowczo. – Musisz tylko wyjść z pierwszego szoku. Wszyscy tak mają.
- Wszyscy? Ale jak to? – dopytywałam się, szukając na to wszystko jakiegoś logicznego wyjaśnienia. Jedyne, co przychodziło mi na myśl, to sen. Ale czy kiedy się śni, to tak bardzo boli? Przecież widziałam ich wszystkich, wdychałam jakiś mdły zapach, w dodatku mogłam poczuć dotyk. Pokręciłam głową. – Co ja tutaj robię? Co się stało?
Brunet puścił mnie wreszcie, oddalając się na odległość dwóch kroków. Spojrzał na mnie spode łba, badawczo, ze skupieniem.
- Miałaś zawał – powiedział stojący obok niego blondyn, ten od pomidorowej. – Bardzo rozległy.
- Co?! – chciałam wstać, jednak gdy tylko uniosłam lekko siedzenie, natychmiast straciłam równowagę i wróciłam tym samym do swojej poprzedniej pozycji. – Ja? Zawał? Żartujecie sobie? Mam dopiero dziewiętnaście lat, do cholery!
- I wadę serca – wtrącił latynos. – Siedziałaś przed komputerem, kiedy nagle wstałaś i…
- Czy chcecie mi właśnie wmówić, że jestem w niebie czy coś w tym stylu?! – krzyknęłam wściekła, kopiąc go instynktownie w kostkę. Miał pecha, że stał najbliżej. Miałam jednak wrażenie, że nic nie poczuł. Moja agresja wynikała z tego, że nie mogłam w nic uwierzyć. – Innymi słowy, że nie żyję?!
- Uspokój się, żyjesz – bażant starał się zapanować nad sytuacją i moim gniewem, wyciągając przed siebie dłonie w celu pokazania mi, że nie ma broni (czytaj: złych zamiarów). – Tylko jesteś w śpiączce.
Układanka zaczęła się układać. Zapomniałam o tym, że nie wierzę w takie bzdury i usiadłam po turecku. Dziwnie mi się patrzyło na nich z dołu.
- I macie za zadanie siedzieć ze mną w mojej głowie, kiedy walczę o życie, tak? – wrzasnęłam ironicznie.
- Tak – potwierdził blondyn tak zwyczajnie, że aż po plecach przeszły mi ciarki wściekłości.
- Ale dlaczego wy?! – rzuciłam nagle tonem pełnym pretensji zarówno do nich, jak i do samej siebie. Czułam, że mam dwie jaźnie. – Dlaczego wy, skoro was nawet nie lubię?! Chcę stąd wyjść!
- Przykro nam, ale póki jesteś na granicy życia i śmierci, musisz być pod nasza opieką – blondyn rozłożył ręce w geście bezradności. – Tak mamy w umowie.
Tego było za dużo jak na jeden raz. Próbowałam wziąć ich słowa na poważnie, ale jakoś nie mogłam. Wiedziałam jednak, że tylko oni są w stanie odpowiedzieć mi na moje pytania, jakkolwiek irracjonalne by one nie były. Miałam trudny charakter, ale w tym momencie musiałam zrobić dosłownie wszystko, by dowiedzieć się, na czym stoję.
- Dlaczego mam siedzieć w jakiejś białej próżni z facetami, których nie trawię? – spytałam bardziej Tego Na Górze, niż ich. – Kim wy w ogóle jesteście? Co jacyś beznadziejni piosenkarze z ulubionej grupy mojej siostry robią w mojej głowie? Jakiś Logan Henderson, Kendall…
- Nie mamy nazwisk – przerwał mi z uniesionym palcem fan zupy z ryżem. Miałam wrażenie, że mówiło mnie tonem, jakbym go właśnie obraziła. – Imiona owszem, nazwisk nie. Jesteśmy bezpostaciowi.
Przyznam, że jego słowa lekko zbiły mnie z tropu. Ta cała sprawa wydawała mi się być coraz bardziej dziwna. Sam fakt, że tutaj byłam stał się dowodem, dla którego postanowiłam porzucić czytanie jakichkolwiek szkolnych lektur. Tyle razy mówiłam, że to zło, ale nikt mnie oczywiście nie słuchał.
- Nieważne – powiedziałam w końcu, nie mogąc jeszcze zrozumieć pewnych rzeczy. No dobra, nic nie kumałam. – Skoro jesteście tutaj ze mną, musicie być jakimś moim wymysłem albo czymś w rodzaju zjawiska paranormalnego… Duchy? Anioły Stróże? Zwykłe anioły?
- Nie, nic z tych rzeczy – bażant imieniem Logan przyłożył swoją prawą dłoń do miejsca, gdzie powinno znajdować się serce. Uśmiechnął się przy tym jak blondyn do pomidorowej. – Nie ma chyba logicznego wyjaśnienia na nasze pochodzenie, mamy po prostu cię pilnować.
- Ale jakby się uprzeć, to jest w nas coś z duchów i coś z aniołów – dodał latynos. Carlos czy jakoś tak. – Nazywaj nas jak chcesz, to twoja głowa. Jak ci pasuje, możemy być twoimi Aniołami Stróżami.
- W każdym razie musisz się do nas przyzwyczaić – zakończył brunet. – Trochę czasu tu posiedzisz.
Nie wyglądali, jakby mieli żartować. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że lada chwila spadną te białe kurtyny i ukażą się ściany jakiegoś studia, w którym kilku gości z kamerami zacznie krzyczeć coś w stylu „Mamy cię!” czy też „Wrobiona!”. Nic takiego jednak nie następowało. Mnie wciąż bolała głowa, a w promieniu kilkunastu lat świetlnych (matko święta, nawet nie wiem, w jakiej jednostce mam to mierzyć!) znajdowałam się tylko ja, ubrana w czarny dres dziewiętnastolatka i czterech facetów, których po prostu nie toleruję. Pięknie się zapowiada. Jeśli to rzeczywiście Bóg skołował mi taki los, to pytam się – co ja takiego złego zrobiłam?! To nie mogło dziać się naprawdę.
Wszystko to spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. W jednej chwili przeniosłam się ze świata pełnego samochodów, telefonów i znajomych do jakiejś przestrzeni, która była mi zupełnie obca. Chciałam płakać, jednak wiedziałam, że to nic nie da. Nie miałam zielonego pojęcia, jak od teraz będzie wyglądać moja egzystencja w tym miejscu. Wciąż tliła się ze mnie nadzieja, że jestem pijana albo napaliłam się jakiegoś gówna i teraz mam halucynacje.
Wstałam powoli, wpatrując się w oczy latynosa, który był mi najbliższy wzrostem. Nawet nie podał ręki, by mi pomóc.
- Dlaczego tutaj wszystko jest białe? – spytałam, rozglądając się dookoła. Musiałam odwrócić się plecami od blondyna: nie wiem, czy tym palcem wyciągał z nosa resztki makaronu, ale nie wyglądało to za ciekawie.
- Bo jeszcze nic nie umeblowałaś – wyjaśnił James (tak, na pewno tak miał na imię, moja siostra go kochała) tonem, jakbym spytała, co to jest toster. – To twoja głowa, pamiętasz?
- Słucham? – spojrzałam na niego ze zdziwieniem, starając się ignorować pozostałych. – Że niby… Że wszystko, o czym tylko pomyślę…
- Dokładnie – potwierdził Carlos, nim zdążyłam dokończyć swoje zdanie. Chyba czytał mi w myślach. – Możesz robić tu dosłownie wszystko to, co zechcesz. Spróbuj, jak to jest.
- Dobra – powiedziałam z lekkim uśmiechem godnym szydercy, przeciągając pierwszą samogłoskę. Zmrużyłam oczy, jednak po upływie kilku sekund nic się nie wydarzyło. Czwórka duchów wciąż stała przede mną i patrzyła się na mnie, jakbym była co najmniej naga.
- Niestety, ale nie możesz się nas pozbyć – wyjaśnił Kendall, składając ręce jak proboszcz. Nawet był trochę podobny. – Możesz mieć wszystko, o czym tylko pomyślisz, fakt. Możesz ukryć przed nami swoje myśli, nazywać nas jak chcesz, mieć tu wszystko to, co przejdzie ci przez głowę. Możesz tworzyć krajobrazy, czuć dotyk, smak, zapach. Możesz nawet kierować naszymi reakcjami. Nie możesz jedynie pozbyć się nas ani przywołać do siebie osób, które jeszcze żyją bądź już umarły. Mówiąc prościej: nie możesz widzieć się z nikim, kto nie jest na granicy życia i śmierci. Jesteś skazana na nas i na samotność jednocześnie.
Jego słowa uderzyły we mnie jak pięść wycelowana w twarz. Synapsy w moim mózgu połączyły się w jedność uświadamiając mi, jak wielki mam przed sobą problem. Moje oczy urosły do rozmiarów piłek tenisowych. Musiałam wyglądać jak ten bażant, który nie zdążył uciec przed tym śrutem. Spanikowałam, przestraszyłam się nie na żarty.
Dotarło do mnie, że póki tu jestem, nie zobaczę się z nimi. W jednej chwili straciłam dwie najważniejsze osoby mojego życia i było mi z tym niewygodnie. Usiadłam z powrotem na „ziemi”, wpatrując się w czubki swoich butów. Zbierałam słowa jak muszelki z piasku na plaży w Californii.
- Co z Lovely? – spytałam tak obojętnie i sztywno, że aż zachciało mi się rzygać. Dosłownie.
- Jedzie do szpitala – odpowiedział mi niemal od razu Carlos niczym profesjonalista. – Twoja mama do niej zadzwoniła. Wie, co się stało.
Przełknęłam ślinę. To imię nie mogło przejść mi przez gardło, nie raniąc go przy tym niczym papier ścierny. Moje powieki były ciężkie i piekły tak, jakby miało mi je zaraz rozsadzić.
- A Jeremy?
- Nie odbiera telefonu – odparł Logan. – Jeszcze o niczym nie wie.
W ułamku sekundy moja psychika została nadszarpnięta, bądź też raczej wyrwana z mojej duszy razem z korzeniami. Stało mi się obojętne, że mam przed sobą czwórkę swoich Aniołów Stróży, którzy mieli za zadanie mnie tutaj chronić – zgięłam nogi w kolanach i zaplótłszy wokół nich ręce rozpłakałam się tak rzewnie, że aż do mnie niepodobnie. Nie zwracałam uwagi na to, że wokół mnie panuje denerwująca biel – nie miałam weny ani ochoty na tworzenie swojego własnego świata, choć mogłam umieścić w nim wszystko, czego pragnęłam będąc na Ziemi. Stało się dla mnie jasne, że wolałabym żyć jak najnędzniej, byleby mieć przy sobie Lovely i Jeremy’ego. A tymczasem nawet nie mogłam z nimi porozmawiać, a co dopiero się do nich przytulić! Przez myśl przeszło mi nawet, że wolałabym umrzeć niż nie móc mieć kontaktu z najlepszą przyjaciółką i z własnym chłopakiem. Kochałam ich oboje – bardziej, niż siebie samą.
- Chcę ich zobaczyć – powiedziałam cicho, pociągając nosem.
Duchy pod postaciami chłopców spojrzały na siebie nawzajem, po czym odsunęły się na boki, by utworzyć między sobą wolną przestrzeń. Stanęli do mnie bokiem, plecami do białej jak śnieg próżni – Logan i Kendall po lewej, Carlos i James po prawej. Nie spodziewałam się, że moja prośba zostanie wysłuchana – nie minęło bowiem więcej niż pięć sekund, a pomiędzy nimi utworzył się obraz niczym z telewizora, choć nie było w pobliżu żadnej plazmy ani rzutnika. Nie chciało mi się wyjaśniać tego nawet własnemu mózgowi.
Moim oczom ukazał się obraz dziewczyny leżącej pod kilkoma kroplówkami, podłączonej do tysiąca kabli i której oddech kontrolowało kilka monitorów. Bez problemu rozpoznałam w niej siebie – nie znałam nikogo innego, kto miałby tak długie i jasne włosy. Normalnie sięgałyby mi do kolan, tym razem jednak zaczesane były na bok, a powstały w ten sposób kucyk spoczywał bezradnie na poduszce obok, zwinięty w coś w rodzaju kłębka. Własnych oczu zobaczyć nie mogłam – zasłaniała je przyduża maska tlenowa. Poza tym były zamknięte.
Przy moim boku zauważyłam inną dziewczynę – miała czarne jak smoła włosy sięgające jej do ramion. Starannie pocieniowane, miejscami jaśniejsze za sprawą zmywającej się powoli farby. Była naturalną blondynką, podobnie jak ja. Trzymała mnie za rękę, obok niej na zielonej pościeli leżały jej okulary. Płakała, rozmazując sobie makijaż. Tak, to była moja Lovely: dziewczyna, którą traktowałam jak młodszą siostrę i bez której nie mogłam żyć.
Nim zdążyłam wytrzeć rękawem dresu roniącą się mimowolnie łzę, do sali, którą widziałam na wizji wpadł chłopak w krótkich, kruczoczarnych włosach postawionych na żel. Nim zdążył do mnie podbiec, rzucił wielką torbę w kąt pomieszczenia nie martwiąc się o to, czy aby nie zbił znajdującej się wewnątrz butelki z napojem. Wyrwany z drogi na trening, mój Jeremy. Przytulił mnie tak mocno, że aż tu na górze poczułam. Widok ich płaczących sprawił, że zamknęłam oczy i wybuchłam. Nie mogłam dłużej na to patrzeć i katować się obrazami osób, których nie mogę dotknąć.
Odwróciłam głowę. To chyba był wystarczający sygnał dla pozostałych, bo Kendall klasnął w dłonie. Domyśliłam się, że wizja zniknęła na moje wyraźne życzenie. Rana w moim sercu była zbyt świeża, by dopuścić do siebie jakikolwiek wniosek. Poza tym tyle rzeczy wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku minut, że nie miałam pojęcia, od analizy której zacząć. A musiałam to zrobić, wcześniej czy później. Poukładać sobie wszystko jak klocki. Dopiero potem mogłam zabrać się za tak zwane „meblowanie własnej głowy”.
Wstałam, grając twardziela przed samą sobą. Wydałam w myślach wyraźny komunikat: chcę być przez chwilę sama. Choć lada moment chłopcy w białych ubraniach zniknęli, wiedziałam, że mimo to są gdzieś obok, tylko niewidzialni. Dobre i to. Teraz mogłam wytchnąć, wypłakać się, rozsypać na kawałki.
Czekała mnie bardzo długa droga do… właśnie, dokąd?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz