środa, 26 grudnia 2012

Pewnego dnia nie poznasz się w lustrze

Rozdział 2

     Siedziałam na samym środku białej, drewnianej ławki. Wokół mnie panowała noc: jedyne źródło światła stanowiły rzadko skupione, lecz liczne gwiazdy i srebrny księżyc, który odbijał się w tafli wody czystego stawu. Zewsząd otaczały mnie płaczące wierzby i pojedyncze krzewy rododendronów. Wyglądało to trochę jak las, tyle że bez grzybów, sosen i wycia wilków. Zamiatałam nogami odzianymi w różowe baletki bez większego celu, wpatrując się w ich czubki. Ubrana byłam już nie w dres, a w dziurawe jeansy i niebieską bluzę moro o trzy numery za dużą. Nawet wizualnie się ostrzygłam: teraz moje włosy sięgały mi do ramion, a ich kolor podchodził raczej pod jasny rudy. Oczywiście moje prawdziwe ciało wciąż wyglądało tak samo i leżało jak warzywo na patelni, ale przecież mogłam zrobić tu co chcę, nawet zażądać, by w razie potrzeby kłaki znów mi odrosły. Było mi zimno, choć wcale nie musiało.
     Dokładnie taki obraz parku zapamiętałam. Nie chciałam niczego zmieniać – a skoro mogłam umeblować swoją własną głowę tak, jak tylko zapragnęłam, to właśnie tak planowałam to rozegrać. Zwyczajne kopiuj-wklej pozwoliło mi choć odrobinę poczuć się jak w domu. Nie chciałam żadnych parków rozrywki, basenów czy kortów tenisowych z automatami z kwaśnymi żelkami. Chciałam po prostu być tym, kim byłam naprawdę, a tylko w tym miejscu było to możliwe.
     Powoli, raz jeszcze przeanalizowałam wszystko to, czym mój umysł został obciążony w ciągu kilku ostatnich godzin. Dowiedziałam się, że miałam zawał i tak naprawdę balansuję właśnie na cienkiej nici między życiem a śmiercią. W każdej chwili mój stan mógł się zmienić i było mi z tą świadomością potwornie źle. Jeden maleńki krok mógł sprawić, że wybudziłabym się ze śpiączki bądź też… W każdym razie obie opcje łączyły się z opuszczeniem tego utopijnego więzienia, w którym się właśnie znalazłam. Nie wiedziałam jak, ale musiałam do tego dążyć. Nie chciałam tu zostać, tego jednego byłam pewna.
     Mam również swoich czterech Aniołów Stróży, którzy mają za zadanie mnie pilnować i umilać mi czas, który powinnam tu spędzić, pomyślałam. Szkoda tylko, że ich nie lubię, dopowiedziałam półszeptem. Denerwują mnie na każdym kroku, nawet o tym nie wiedząc. Kendall dłubie w nosie tak perfidnie, że gdyby był człowiekiem i miał mózg, to z pewnością by go sobie już ze trzy razy wydłubał. To pewnie dlatego ma taki klakson jak klamka od zachrystii bądź ziemniak, który dopiero co zleciał z przyczepy. Loganowi z twarzy nie schodził ten głupi uśmieszek, przez co nie mam pewności, czy poraził go prąd czy też może ktoś wsadził mu w drugą część przewodu pokarmowego jakiś kij, który następnie się zaklinował. Carlos to już w ogóle tragedia: błyskotliwością z pewnością nie przerastał grządki pietruszki, więc co on robił na tak poważnym stanowisku?! Chociaż może pietruszka nie jest dobrym porównaniem – buraki są zdecydowanie ciemniejsze. A James? Jeśli tu jest łazienka, to z pewnością cały czas w niej siedzi. W dodatku pewnie zdarzyło mu się już niejednokrotnie pomylić wannę z betoniarką. I to są ludzie, którym Ten Na Górze powierzył moją egzystencję? No pięknie!
     Zgięłam nogi w kolanach, by te znalazły się pod moją brodą. Owinęłam ręce wokół własnych piszczeli i westchnęłam. Przymknęłam oczy w nadziei, że choć tyle mi pozostało. Przez umysł przeszła mi myśl: no co mi to wszystko, skoro jestem tu sama jak palec? Już chyba wolałabym być martwa.
     Zaczęłam przypominać sobie wszystkie towarzyszące mi przez dziewiętnaście lat małe rzeczy, których zapewne w życiu bym nawet nie zakonotowała. Ale to ich brakowało mi najbardziej: Lovely wyjadającej mi z lodówki czy oglądającej płatny kanał na moim telewizorze oraz Jeremy’ego czekającego na mnie pod szkołą językową z różą, gdzie w każdą środę i piątek chodziłam na hiszpański. Oczywiście brakowało mi również rodziców i mojej młodszej siostry, Pearl… Nie miałam nawet energii na przywołanie ich obrazu – wiązało się to bowiem z nagłym wybuchem płaczu z mojej strony. Nawet tutaj nie mogłam powstrzymać łez, choć teoretycznie potrafiłam tego dokonać. Co z tego, że mogłam na nich patrzeć, skoro nie byłam w stanie ich nawet dotknąć? Nic się zapewne nie zmieniło, ja wciąż wisiałam nad przepaścią, Lovely po jednej, a Jeremy po drugiej stronie łóżka pilnowali mnie i czekali, aż otworzę oczy. Nadaremno. Ja wciąż siedziałam ponad ich ciałami.
     W jednej chwili napięłam się jak cięciwa łuku. Wraz z władzą w mojej głowie dostałam szósty zmysł zwany intuicją.
- Wiem, że tu jesteś – powiedziałam poważnym tonem, a przynajmniej się starałam. – Nie wiem, który z was mnie obserwuje, ale lepiej wyjdź zza moich pleców.
     Usłyszałam szuranie dochodzące z odległości nie dalszej niż metr. Nie musiałam nawet podnosić głowy by wiedzieć, że ma na sobie biały jak śnieg strój i skrada się do mnie jak menel do taniego wina w sklepie.
- Odejdź stąd, mówiłam, że chcę być sama – burknęłam, wkładając dłonie pod boki i zaciskając zęby. Usiadłam po turecku i spojrzałam w przeciwnym kierunku. – No już, znikaj.
     Nasłuchiwałam. Myślałam, że anioł ma obowiązek dostosować się do mojej prośby, jednak minęło kilka długich sekund, a on wciąż stał nade mną w bezruchu. Patrzył na mnie twardo: czułam na sobie jego zimny wzrok i czystą aurę.
- W głębi nie chcesz, żebym sobie stąd poszedł – powiedział zdecydowanym głosem Carlos. – Twoje kresomózgowie aż krzyczy o pomoc. My wiemy o takich rzeczach, nie zapominaj. Dlatego nie zniknąłem.
     Przez chwilę zastygłam w głębokim zastanowieniu, jednak po dłuższej kontemplacji musiałam przyznać mu całkowitą rację: słowa kłamią, ale dusza nie potrafi. Mogłam wprowadzić go w błąd, ale siebie samej przecież nie oszukam. Jako anioł miał taką moc, nazwijmy to tak. Kiwnęłam lekko głową, a on usiadł obok mnie. Wierzby zaszumiały.
- Anioła nie da się wpuścić w maliny nawet wówczas, gdy zablokuje mu się dostęp do czytania w swoich myślach, co nie? – spytałam, wzruszając ramionami. W zasadzie było to pytanie retoryczne, ale musiałam jakoś rozkręcić rozmowę. Skoro miałam z nimi spędzić nieokreślony czas, to musiałam żyć z nimi w zgodzie, jacykolwiek by nie byli.
- Zgadza się – uśmiechnął się, patrząc prosto przed siebie na taflę stawu. – Mamy tu mało zasad, ale jednak parę ich jest. I to niepodważalnych.
- Ahm – mruknęłam. – A gdzie wasze skrzydła?
- Matko, czy każdy człowiek tak ma? – Carlos spojrzał na mnie wesoło, lecz jednocześnie karcąco i z pretensjami w głosie. – Wszyscy nas o to pytają.
- Bo takie mamy o was wyobrażenie – wytłumaczyłam się, pocierając dłońmi o rękawy swojej bluzy. – Mam taką moc, by je wam „domalować”, prawda?
- Oczywiście. Możesz mi nawet zmienić ubranie, zapuścić włosy, pomalować paznokcie, zmienić kolor skóry. Czego dusza zapragnie. Nie wspomnę już o domalowaniu tego, co twoi koledzy rysują sobie po marginesach zeszytów. Nie chcę podrzucać ci pomysłów.
- Zacnie – wycedziłam przez zęby z lekko wymuszonym uśmiechem. – Ale chyba wolę was takich, jacy teraz jesteście.
     Odsunęłam się nieco w stronę krawędzi ławki: od Carlosa bił dręczący chłód, a mi było już dostatecznie zimno. Umilkłam na chwilę, jednak miałam tę świadomość, że powinnam spytać go o parę rzeczy dotyczących mojego pobytu w miejscu, w którym nic nie było normalne. Coś w rodzaju lekcji organizacyjnej, podczas której można było pytać o pracę na zajęciach podczas całego semestru. Może i to prymitywne, ale lepiej jest pytać i być idiotą tylko przez chwilę, niż nie zapytać i być nim przez całe życie. Chociaż nie byłam pewna, czy w moim przypadku mogę użyć tego słowa… Głupio jest siedzieć we własnej głowie nie wiedząc, do czego można się posunąć. W dodatku miałam talent do psucia wszystkiego: nawet tego, czego zepsuć się nie da.
- Gdzie jest reszta? – spytałam, naciągając rękawy na nadgarstki. – Stoją wśród nas niewidzialni i obserwują mnie bez przerwy, prawda?
- Nie, dryfują gdzieś w białej próżni – wyjaśnił tonem, jakby to było jak najbardziej normalne. – Jeśli potrzebowałabyś któregokolwiek z nas, wyczujemy to i natychmiast się pojawimy. Chciałaś jednak pobyć trochę sama, więc spełniliśmy twoją prośbę.
- Ale się pojawiłeś, choć cię nie wołałam – skwitowałam podejrzliwie.
- Twoja podświadomość wysłała sygnał, że chcesz się wygadać. A że ja byłem najbliżej, to już inna sprawa.
     Uśmiechnęłam się niczym bezdomny do flaszki. Spojrzałam na niego spode łba coraz bardziej przekonując się, jak wielką w tym świecie mam władzę. Pomyślałam życzenie, które natychmiast się spełniło. Byłam usatysfakcjonowana z własnego dzieła i wyobraźni. Minęła chwila, nim ten zorientował się, że coś jest nie tak. Spojrzał do tyłu przez ramię i jęknął cicho.
- No weź – burknął, jakby lekko obrażony. Ja jednak tylko potarłam rękoma o siebie, pokazując mu tym samym przewagę, jaką nad nim miałam. – Usuń to.
- Do twarzy ci ze skrzydłami – zaśmiałam się, zakrywając usta rękawem bluzy. – Posiedź tak jeszcze przez chwilę, później ci je ściągnę. Bo co to za anioł bez skrzydeł? Poza tym to moja głowa, nie masz nic do gadania.
- No dobra – przystanął ostatecznie, lecz z lekkim grymasem niezadowolenia na twarzy. – Ale nie rysuj mi aureoli. Proszę.
- Zgoda – westchnęłam przytomnie. – A tak nawiasem mówiąc, to czy wszyscy z waszej czwórki macie takie same, nazwijmy to, funkcje?
- Wiesz, tak naprawdę to jesteśmy tacy sami – rzucił jakby na odczepnego, choć mogło mi się to tylko wydawać. Podrapał się za uchem. – Anioły są sobie równe. Wszyscy latami, umiemy być niewidzialni, podróżujemy z prędkością myśli, nie potrzebujemy snu, jedzenia, rozrywki, znamy wszystkie języki świata. Ale podobnie jak w życiu, każdy z nas ma jakąś specjalizację. Wiesz, o czym mówię, prawda?
- Mhm – przytaknęłam sugerując, by mówił dalej.
- Kendall najlepiej z nas radzi sobie z przenoszeniem ludzi na drugą stronę – zaczął. – Mówię tu oczywiście o stronie życia i śmierci. Umie także przenieść kogoś z jego głowy w obie strony granicy. To właśnie on przyniósł cię tu z Ziemi na rękach.
- O kurwa – wyrwało mi się z wrażenia. Wybałuszyłam oczy i przylgnęłam dłonią do ust, zmieszana w stopniu zaawansowanym. Ale Carlos tylko się uśmiechnął i poprawił swoje skrzydła. „By lepiej leżały”.
- James najlepiej z nas tłumaczy nowym zasady poruszania się w nowym świecie. Może na takiego nie wygląda, ale jest w tym naprawdę dobry – dodał z łobuzerskim błyskiem w oku i uśmiechem ze straszliwie prostymi zębami. – Kiedy dojdziesz już do siebie i będziesz gotowa na przyjęcie nowego życia, nauczy cię wszystkiego.
     W jego ustach brzmiało to trochę staroświecko, ale cóż mogłam na to poradzić? Nigdy nie byłam normalną dziewczyną, więc i normalnie nie skończę, pomyślałam. I tak cud, że uwierzyłam w to, gdzie się znajduję, bo z moim charakterem nie łatwo jest czegokolwiek wziąć na poważnie.
- Logan z kolei najlepiej zna ludzkie życie – kontynuował. – Może to wydać ci się dziwne, ale my anioły niekoniecznie wiemy, dlaczego zachowujecie się w danych sytuacjach tak a nie inaczej. Nie wiemy też, co wami kieruje, co czujecie, w jaki sposób analizujecie przypadki. Prościej mówiąc: jesteście dla nas jedną wielką, psychologiczną zagadką. No, może poza Loganem, bo on wie na ten temat wszystko.
     Poczułam się pewniej wiedząc, że moi stróże nie do końca sprawnie poruszają się po ramach ludzkiej psychologii. I dobrze, niech chociaż w jednym będą słabi! Z drugiej strony jednak wydawało mi się to dziwne, dziwniejsze nawet od tych wszystkich rzeczy, których już się dowiedziałam…
- A ja – dodał na zakończenie – ja najlepiej słucham. I radzę, jeśli mnie o to poproszą. Ale tak poza tym, to każdy z nas jest takim samym duchem, mającym takie samo zadanie, doświadczenie i to samo do powiedzenia.
     Carlos spojrzał tym razem w stronę księżyca, którego sama tu zawiesiłam. Miałam wrażenie, że nigdy czegoś takiego nie widział. Ba, mogłabym sobie nawet uciąć za to rękę – i tak nie miałam nic do stracenia. Najwyżej kazałabym jej odrosnąć.
- A inni? – spytałam, patrząc w ten sam punkt, co anioł. – Czy są tutaj też inni ludzie?
- Nie – odpowiedział prosto i szybko. – Jest prawo mówiące, że jeden anioł nie może jednocześnie zajmować się więcej niż jedną osobą. Jesteśmy tu wszyscy tylko i wyłącznie dla ciebie.
- A śpiewacie? – wyrwało mi się. Chyba nie miałam już o co go pytać. Zachichotał tylko niczym mała dziewczynka uciekająca z lizakiem w ręku przed rozpędzonym walcem drogowym.
- Oczywiście, że nie – zaśmiał się, tym razem już doszczętnie i bezapelacyjnie. – Prócz imion i wyglądu nie mamy nic wspólnego z tymi na dole!
- To dlaczego przybraliście właśnie ich postacie? – odchyliłam głowę do tyłu, łypiąc na niego okiem. Ta rozmowa zaczęła przybierać dziwny kierunek, który nie miał chyba wykreowanego celu. – Wolałabym, żebyście byli piłkarzami nożnymi lub modelami, a nie piosenkarzami z zespołu, którego mój żołądek nie trawi.
- To twoja głowa zadecydowała o tym w chwili, gdy przechodziłaś w stronę granicy z życiem. Kiedy ją przekroczyłaś, Kendall wziął się na ręce.
- Bez pytania mnie o zgodę?
- Tak, właśnie.
- Ach – nie miałam nic więcej do powiedzenia.
     Chciałam, żeby zaczęło padać. Deszcz zawsze przynosił mi ulgę i uspokajał mnie, kiedy tego potrzebowałam. Nie musiałam długo czekać, by moja prośba została wysłuchana: najpierw drobne kropelki, potem wielkie krople zaczęły spadać mi na twarz wystawioną ku gwiaździstemu niebu. Zamknęłam oczy, by móc się skupić. Tak, teraz wszystko było dobrze, przynajmniej tymczasowo.
- Kochasz go? – spytał nagle duch poważnym głosem. Musiał wyczuć, że gdzieś w fałdach kory mojego mózgu wciąż ciągnie się imię chłopaka, który był mi bliższy niż moje serce. I nie zawodził mnie tak jak ono niejednokrotnie.
- Tak – odparłam, nie otwierając oczu ani nawet się nie poruszając. Dalej siedziałam po turecku i mokłam na własne życzenie, z dłońmi opartymi o kościste kolana. Wśród wizji ogrodu pełnego róż pojawił się również Jeremy w swoim stroju sportowym.
- On bardzo chce, byś się obudziła – stwierdził. Nie wiem, co to miało na celu. – Słyszę jego myśli aż tutaj. Mówi, że jeśli trzeba będzie, to będzie spał przy twoim łóżku, póki nie otworzysz oczu. Woli, żebyś go nienawidziła, niżeli w ogóle nie słyszała.
- Głupoty gada – skwitowałam sztywno. – Gdybym mogła, już dawno bym się obudziła i rzuciła mu się na szyję. Ale dziwnym trafem nie mogę.
- Nie zawiedź go.
- Jasne – burknęłam.
     Westchnęłam. Nie chciałam teraz o nim myśleć i jeszcze bardziej dołować się faktem, iż nie mogę z tym nic zrobić. Poprosiłam jeszcze o kilka błyskawic – chwilę później czarne niebo przeszyły pioruny tak jasne jak moje włosy jeszcze przed wizualnym farbowaniem. Teraz było tak, jak być powinno.
- Chyba jesteś gotowa – powiedział, wstając z ławki i stając przede mną. – A, i zabierz ode mnie te skrzydła. Są niewygodne.
- A tak, pewnie – wyrwał mnie z zamyślenia. Pomyślałam o tym, o czym powinnam, plus dla lepszego efektu teatralnego pstryknęłam palce. Białe skrzydła zniknęły z pleców Carlosa szybciej, niż się tego spodziewałam. Po raz ostatni spojrzałam w stronę stawu pełnego lilii wodnych. – James, chodź tutaj. Chodźcie wszyscy.
     Nim powrócili do mnie z białej próżni, przypomniałam sobie o tym, że mimo wszystko jestem człowiekiem. Miałam przez to odzyskać nadzieję, że nie musi być aż tak źle – anioły nauczą mnie być jednym z nich, a ja nauczę anioły być jak inni ludzie. Tylko czy to zmieni fakt, że jestem uwięziona w wieczności i że wiszę w niej, dyndając na wszystkie strony w bezkresie własnej wyobraźni?
     Przede wszystkim musiałam całkowicie zapomnieć o tym, kim jestem. Przynajmniej na razie. Bo opętały mnie duchy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz