środa, 26 grudnia 2012

Chcę, żebyś wiedział, że kwiaty więdną

Rozdział 3

     James podczas naszych lekcji ciągle powtarzał mi, że człowiek uwięziony między własnymi skroniami nie odczuwa zmęczenia, nie musi spać, jeść ani pić. No chyba, że zażyczy sobie inaczej, a to już zupełnie inna para kaloszy. Ale ja tymi wszystkimi naukami byłam kompletnie wyczerpana. Obecność czwórki moich opiekunów-duchów odbierała mi siły, których podobno miałam nieskończenie wiele. Dlatego też postanowiłam odpocząć tak, jak sobie na to zasługiwałam.
     Siedziałam pod daszkiem na dworcu kolejowym. Było ciemno, jednak nad tekstem w mojej książce paliło się światełko: przyznam szczerze, że takie coś przydałoby mi się na Ziemi. Było zimno i padał ulewny deszcz – tak, jak sobie tego zażyczyłam. Pociągi jeździły tu sporadycznie, niemniej jednak stukot drgających torów pozwalał mi odprężyć się i poczuć, że może nie będzie tak źle. Usiadłam po turecku na rozpadającej się ławce i ułożyłam książkę na udzie, okładką do góry na stronie, w której utknęłam. Zdania wydawały mi się być jedynie zbiorem słów nie mającym najmniejszego znaczenia. Nie mogłam się na niczym skupić.
     Pstryknęłam palcami, by usłyszeć muzykę. Przymknęłam oczy i wyłączyłam światło – spokój mogłam odnaleźć jedynie w ciemności. Zażądałam również usłyszeć jedną z piosenek, której rzadko kiedy słuchałam, lecz której jednocześnie nigdy nie usunęłabym ze swojego mp3. Kiedy cichutkie dźwięki gitary okrążały moje kosteczki słuchowe i zapowiadały tym samym subtelne wejście perkusji, poczułam na twarzy lekki wiatr. Niespiesznie zaciągnęłam na głowę kaptur męskiej bluzy, którego brzegi zawsze opadały mi na oczy. Oparłam się plecami o blaszaną konstrukcję budki pokrytego graffiti przystanku, która chwiała się niebezpiecznie jak pijany trzymający się płotu. Dopiero teraz miałam na imię Invisible.
     Do moich uszu zaczęły dopływać francuskie słowa piosenki Lis dans mes yeux, a ja poczęłam odpływać. To była nasza piosenka – moja i Jeremy’ego. Po części wbrew sobie przywoływałam do siebie jego obrazy – Jeremy na treningu, Jeremy przy stole jedzący obiad mojej mamy, Jeremy śpiący na tapczanie w salonie, kiedy to czekał, aż wreszcie wyjdę z łazienki gotowa na bal inaugurujący koniec roku w mojej szkole językowej. James ostrzegał mnie, bym nie robiła tego za często ze względu na to, iż jestem tu nowa i zbyt ciężkie wspomnienia utrudniają mi aklimatyzację w nowym miejscu. Ale to był swojego rodzaju odruch bezwarunkowy, którego pozbyć się po prostu nie da. Korzystając ze swoich mocy utworzyłam w swoich oczach wielki kinowy ekran, by obejrzeć na nim relację na żywo ze szpitala w Los Angeles. Ogarnęła mnie melancholia.
     Zanurzając się jeszcze bardziej w słowa naszej piosenki obserwowałam jakby z góry to, co działo się z moim ciałem. Warkocz upleciony z moich włosów wciąż leżał bezwiednie na poduszce, jakby zapomniał o nim cały świat. Moje usta w dalszym ciągu kneblowała maska, a moje żyły rozsadzały metalowe igły i płynące z nich substancje mające na celu utrzymanie mnie przy życiu. Moje ręce leżały wzdłuż nagiego pod pościelą ciała, a palce dłoni jednej z nich splecione były z innymi palcami należącymi do szatyna z krótkimi włosami, który patrzył się w skupieniu na więdnące warzywo. Raz po raz przysuwał usta do moich opuszków, by musnąć je drżącymi wargami. Czułam aż tutaj, że się boi. Zmęczony był siedzeniem w jednym miejscu i zawalaniem treningów piłki nożnej, ale dzielnie czuwał przy moim boku w nadziei, że wszystko może się zmienić. Jego oczy były czerwone. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby płakał.
     Przypomniałam sobie, że często sprzeczaliśmy się o to, jakiego koloru są jego włosy. Według mnie były czarne, natomiast Jeremy upierał się, że są ciemnobrązowe. Nie były to oczywiście żadne kłótnie, ale każde z nas próbowało udowodnić drugiemu, że ma rację. Twierdził, że widać to tylko pod światło, w dodatku bardzo mocne i koniecznie wiosenne. Uśmiechnęłam się w duchu – jego łzy spadające na moją skórę były najlepszym dowodem na to, że żadne z jego wyznań nie było ani trochę zakłamane.
     Omotało mnie jeszcze jedno ze wspomnień. Kiedy oboje mieliśmy po szesnaście lat, poszłam przed francuskim do szafki, by zostawić tam swoją kurtkę. Było ulewne lato, to pamiętam. Minęłam się z nim korytarzem, ciesząc się na mile zapowiadające się popołudnie. Dzień wcześniej zaprosił mnie bowiem na randkę, której jednak miejsca zdradzić nie zamierzał. Powiedział tylko, że to będzie coś wyjątkowego. I nie pomylił się – siedem godzin później leżeliśmy na dachu największego wieżowca w Los Angeles i patrzyliśmy w gwiazdy. Ja widziałam w nich tylko kropki, on natomiast opisywał mi z pasją każdą konstelację z osobna. Nie puścił mojej ręki nawet na sekundę. A na koniec dodał, że jako dziewczyna jestem piękna, ale jako jego dziewczyna – najpiękniejsza. Tańczyliśmy bez muzyki i nic więcej nie mówiliśmy, póki nie zgarnęła nas policja.
     Mój Jeremy Bruno Whitewine.
     Piosenka się skończyła, a ja otworzyłam oczy. Aż odskoczyłam, zrzucając książkę na popękany krawężnik sąsiadującego z budką chodnika.
- Na miłość boską, Kendall! – krzyknęłam, ściągając kaptur z głowy. Serce zaczęło mi bić, to według nauk Jamesa było jedynie niedoskonałością ludzkiego ciała przywleczoną z Ziemi. Normalnie przecież moje serce ledwo uderzało o ściany klatki piersiowej.
- Aż taki straszny jestem? – spytał, siedząc z łokciami opartymi o rozkraczone kolana. Jego biała bluza i spodnie w świetle księżyca wyglądały na turkusowe.
- Twój nos nawet w ciemnościach jest podobny do klamki od piwnicy – burknęłam, wyciągając rękę przed siebie i przywołując do siebie książkę tak, jak to robią z miotłami na filmach z Harrym Potterem. Bez słowa położyłam ją na lewym udzie, starając się udawać lekko obrażoną. Tym razem byłam pewna, że moja podświadomość nie wzywała żadnego z moich aniołów. Kendall musiał zatem właśnie tędy przechodzić bądź też śledzić mnie tu od samego początku. Niemal od razu odrzuciłam od siebie tę koncepcję: wcześniej wyczułabym bowiem jego aurę. To musiał być rzeczywiście przypadek.
     Chłopak popatrzył się na mnie. Widziałam go wyraźnie mimo panujących tu egipskich ciemności. To niesamowite, co można robić tu z własną wyobraźnią. Zmrużyłam oczy, by się skupić. Nie musiałam długo czekać, by się udało. Władza płynęła mi w żyłach.
- Ej – żachnął się z niesmakiem, oglądając się przez ramię. – Po co mi to?
- Bo tak chcę – wyjaśniłam mu od niechcenia niczym przedszkolak rozgoryczony brakiem nagrody. Zrobiłam dokładnie to, co z Carlosem kilka dni świetlnych wcześniej: wyobraziłam sobie, że ma skrzydła. – Nie marudź, bo domaluję ci wąsy. Albo coś mocniejszego.
     Mój anioł westchnął, akceptując tym samym moje zachcianki. Dużo tolerował, ja na jego miejscu już dawno bym sobie przylutowała.
- Co czytasz? – spytał, pokazując palcem na moje udo. Automatycznie i ja na nie spojrzałam: zapomniałam o tym, że spoczywała na nim książka w czarnej, miękkiej oprawie.
- Mitologia – odpowiedziałam od niechcenia. – Nie, żebym czytała lektury. Po prostu istnieje taki jeden mit, który kocham jak czekoladę, i to z orzechami. Wracam do niego, kiedy jest mi smutno. Robię to po to, by jeszcze bardziej się zdołować i zmotywować tym samym do działania przeciwnego do tego zamierzonego.
- A o czym on jest? – drążył dalej, trochę jakby zaciekawiony zalążkiem mojej wypowiedzi. Jakby nie wiedział, co było dziwne.
- O Erosie i Psyche – odparłam. – Ta historia jest piękna. Nawet nie wiesz, ile dla mnie znaczy.
- Opowiedz mi ją – poprosił prosto, czym całkowicie wybił mnie z rytmu.
     Niepewnie sięgnęłam po książkę czując, że mimo tych wszystkich nauk są rzeczy, których zapewne nigdy nie zrozumiem. Myślałam, że skoro piastują tak poważne stanowiska, to wiedzą o takich ludzkich banałach. Bóg powinien obdarować swoich żołnierzy taką wiedzą. No ale nie chciałam drążyć tego tematu, by wyciągać wnioski, które mogłyby okazać się absolutnie bezpodstawne. Spojrzałam w tekst, choć wcale nie musiałam.
- Żyła kiedyś taka śliczna dziewczyna, księżniczka nawet, miała na imię Psyche – zaczęłam udając, że czytam. Doszłam jednak do wniosku, że nie ma to sensu, wiec odłożyłam książkę na pusty fragment spróchniałej ławki obok i zaczęłam mówić z pamięci. – Była tak piękna, że mężczyźni zaczęli oddawać jej cześć niczym bóstwu, zapominając tym samym o hołdach dla Afrodyty, bogini piękności. Nie trzeba było długo czekać, aż bogini się wkurwi.
     Kendall zachichotał. Starał się mimo wszystko zachować odrobinę powagi, choć wcale nie musiał. Minie trochę czasu, zanim wszyscy przyzwyczają się do mnie i mojego ziemskiego słownictwa, pomyślałam.
- No i się wkurwiła – wzruszyłam ramionami, patrząc przed siebie na wciąż padający deszcz. Drzewa szumiały od wiatru, ale nie grzmiało. – Przywołała do siebie jednego ze swoich bożków, Erosa, każąc mu iść do pałacu Psyche i ją zabić. Kiedy do niej dotarł, było ciemno. O, tak jak teraz. Już miał ją zabić, kiedy to obróciła się i zobaczył ją w świetle oliwnej lampy. Zakochał się w niej od razu.
- Gdybym nie był aniołem, zdziwiłbym się, że love story dla nastolatek istniały już w starożytności – wtrącił cicho.
- Nie przerywaj! – warknęłam. – Eros powiedział Psyche, że będzie odwiedzał ją każdej nocy, ale ta musi obiecać, że nie będzie próbowała zobaczyć jego twarzy, bo skończy się to dla niej tragicznie. Dziewczyna zgodziła się i od tej pory Eros odwiedzał ją co noc.
     Teraz to ja przerwałam, by westchnąć pod nosem. Bezpodstawnie doszukiwałam się w wypowiadanych przeze mnie słowach ukrytego przesłania nawiązującego do mojej osoby. Wszędzie widziałam siebie i adnotacje dotyczące Jeremy’ego – wedle moich wyobrażeń bożek miłości wyglądał dokładnie jak on. Tylko chodził w szarej bluzie z kapturem opadającym na oczy zamiast pod osłoną nocy.
- Ale siostry Psyche zaczęły naśmiewać się z niej sądząc, że dziewczyna wymyśliła sobie jakiegoś tajemniczego faceta i stwarza wokół siebie atmosferę, w której śmiało można by było napisać romansidło – kontynuowałam, niezrażona własnymi odczuciami. – Więc pewnej nocy, kiedy to Eros spał przy jej boku, ta zapaliła lampkę oliwną i poświeciła na niego. Była zachwycona jego pięknem, z tego wszystkiego zaczęła nawet płakać. Jedna z łez spadła na twarz Erosa i go obudziła. Bożek przeraził się tym, że dziewczyna zobaczyła jego twarz i po chwili zniknął wraz z jej pałacem. Psyche została sama na skale.
- I to koniec? – spytał Kendall po chwili mojego milczenia.
- Nie, ta historia kończy się dobrze – wyjaśniłam. – Afrodyta dała sobie spokój, a Zeus pozwolił Psyche zamieszkać na Olimpie razem z Erosem, bo ten truł mu dupę, że ją kocha i nie może bez niej żyć.
     Skrzyżowałam ręce na piersi w oznace, że skończyłam. Zadarłam podbródek w górę, wyraźnie dumna z własnej wypowiedzi.
- Oryginalna historia wypowiedziana w oryginalnym języku – skwitował, siadając w sposób charakterystyczny dla chłopców z mojego liceum, to znaczy z kostką jednej nogi opartą na kolanie drugiej. Uśmiechnął się delikatnie jak do ptaka, którego chce nakarmić, a nie spłoszyć.
- Mam pytanie – zmarszczyłam brwi, chcąc odbiec od tematu. – Tak często was obrażam. Mówię o was takie niemiłe rzeczy. Dlaczego więc nie jesteście na mnie ani trochę obrażeni? To dziwne.
- Nie możemy się na ciebie obrażać – wyjaśnił radosnym tonem, którego wcześniej u niego nie zakonotowałam. Spojrzałam na niego z ukosa.
- Bóg zabronił wam tego? – spytałam, starając się udawać, że to normalne. – Nawet, jeśli umiecie to zamaskować, to na pewno dotyka was to od środka.
- Nie – zmierzył mnie wzrokiem, jakbym zapytała go, do czego służy trójwarstwowy papier toaletowy. – A czy człowiek może orać, skoro nie ma pola?
- Nie rozumiem twojej metafory, Kendall.
- Nie możesz nas urazić, bo nie mamy uczuć.
     O mało nie spadłam z tej próchniejącej ławki i nie przeturlałam się w stronę torów. Złapałam się mocno jej brzegów i wyłupiłam oczy tak, że wyglądałam jak alkoholik z nadczynnością tarczycy, który usiadł na nagrzanym grillu. Co jak co, ale anioły kojarzą się ludziom przede wszystkim z wrażliwością i pozytywną naturą, a skoro oni sami byli nimi w połowie… Jak można nie mieć nic w środku? Jak można być pustym niczym wydmuszka? Jak balon z helem fruwać ponad resztą, ale nic z tego nie mieć?
- Czasem coś nas tyka, ale to tylko chwilowe – kontynuował swobodnie, patrząc mi w oczy. – Niedoskonałości ludzkiego ciała, jakie musieliśmy przyjąć. Na pewno James by ci o tym powiedział, gdybyś tylko zapytała. Albo po prostu jeszcze nie doszliście do tej lekcji.
- Mogę was wyzywać od pedałów i… spłynie to po was? Jak po kaczce w pomarańczach?
- Wypatroszonej – przytaknął mi.
- Kurwa, wy nie jesteście normalni.
     Mój chwilowy zastój słownictwa spowodowany był szokiem, z którym mój umysł próbował sobie jakoś poradzić. To żadna przyjemność obrażać kogoś wiedząc, że ten ktoś nawet na to nie zareaguje. Co dziwne: było mi nawet trochę przykro z tą świadomością. Być może nie chciałam się przyznać, ale im współczułam. Nie byli tacy doskonali, jak mi się wydawało. Ktoś inny niż ja zapewne pomyślałby inaczej, ale jak dla mnie obecność wad jest warunkiem do dążenia ku idealizmowi. W pewnej mierze cieszyłam się, że nie jestem jednym z nich. To żadna frajda nie czuć, że ktoś wbija ci nóż słów w plecy.
     To był moment, w którym coś się zmieniło. Któreś koło zębate mojego umysłu zaczęło obracać się w przeciwnym kierunku.
- A jak mnie przenosiłeś… - zaczęłam, patrząc gdzieś na drzewa posadzone równym rzędem po drugiej stronie torów kolejowych. – No wiesz, z Ziemi do mojej głowy. To co wtedy czułeś? Carlos powiedział mi, że niosłeś mnie na rękach.
- To prawda, niosłem – przyznał mi rację kiwnięciem głowy. Deszcz bił coraz mocniej o powierzchnię blaszanego daszku. – W sumie to powinienem nic nie czuć, jak już ci to wcześniej wyjaśniłem. Ale mimo wszystko miałem wrażenie, że ciało, które trzymałem w ramionach jest inne niż te, którymi do tej pory się zajmowałem. I rzeczywiście jesteś zupełnie inna. Sądziłem i nadal sądzę, że możesz mnie czegoś nauczyć. No i kłuło mnie w tym… no… jak to się nazywa…
- W żołądku? – podpowiedziałam mu nieco, nadstawiając uszu.
- Nie, nie tam, jakoś wyżej.
     Kendall przyłożył dłoń do swojej piersi i podniósł oczy. Błyszczały milionami gwiazd, które wisiały ponad nami.
- To serce – powiedziałam jakby nie przekonana, choć racja mojej wypowiedzi była niepodważalna. – Kłuło cię w sercu.
- Czy to normalne u ludzi? – spytał, oglądając swoją dłoń, jak gdyby przeszył ją ołowiany pocisk. Podniósł ją w górę, by spojrzeć na nią pod światło srebrnego księżyca. – Bo nie wiem, czy mam się martwić.
     Wstałam ze swojego miejsca i wyszłam powolnym krokiem spod dachu. Wielkie krople deszczu zaczęły muskać skórę mojej twarzy, wiatr uderzył mnie w skronie. Nie pozostało mi nic innego jak rozłożyć ręce i przyjmując postawę krzyża zamknąć oczy. Wystawiłam policzki w stronę nieba i lekko uniosłam się nad ziemią. Bycie wolnym nigdy nie będzie dla mnie nudne. Zaczęłam cieszyć się z małej rzeczy, jaką było bycie człowiekiem.
- Normalne – uśmiechnęłam się pod nosem, choć wiedziałam, że go już tam nie ma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz