środa, 26 grudnia 2012

Życie jest zajebiście rakotwórcze

Rozdział 5

     Kiedy byłam mała, uwielbiałam chodzić do starego kina niedaleko mojego domu. Często wchodziłam po rozszarpanych schodach ruiny mimo zakazu tłumacząc się, że nie umiem czytać, co w sumie było prawdą. Szukałam sali, w której wciąż stały rozprute fotele, a na ścianie widoczny był wielki ślad po ekranie, który przedstawiać mógł jedynie obrazy rodzące się w mojej podświadomości. Choć sam budynek nadawał się do rozbiórki i groził zawaleniem, był dla mnie miejscem, gdzie mogłam płakać do woli. Czasem przychodziłam tam z powodu uwagi za wyrzucenie Lucasowi tornistra przez okno, czasem po kłótni rodziców, a bywały i sytuacje, że odwiedzałam to miejsce pchnięta wyrzutami sumienia czy też smutną piosenką usłyszaną w radiu. Lubiłam to miejsce ze względu na to, że nikt by mnie tam nie znalazł. Mogłam się powiesić, pociąć albo napisać poemat dygresyjny – nikt by mnie tam nie szukał. Miałam tam święty spokój ogrodzony biało-czerwoną taśmą. Musiałam złamać parę zasad, by w końcu móc myśleć. I być wolna tak, jak to jest zapisane w Konstytucji.
     Znów mogłam oprzeć się w piankowym fotelu obitym drewnem i wyciągnąć przed siebie nogi. Usiadłam w samym środku widowni, choć zwykle siadałam na samej górze. Wnętrze sali kinowej było odrestaurowane, a mimo tego nie było w niej ani jednego człowieka. Nic dziwnego, w końcu to znów moja głowa. Na ekran padały smugi sztucznego światła rzucanego z kantorka ponad rzędami. Najbardziej dobijające było to, że i ten kantorek był pusty, choć przecież bez operatora nie działałby żaden film. Ale w tym przypadku to ja byłam reżyserem spektaklu, w dodatku oglądającym swoje dzieło w samotności.
     Na ekranie przewijał się strasznie nudny film. Już od jakiegoś czasu nic się na nim nie działo: dziewczyna o długich, blond włosach leżała bezustannie podłączona do kilku kroplówek, a przy jej boku spał czarnowłosy chłopak, trzymając ją w tym samym czasie za pokłutą rękę. W kącie pomieszczenia, na szerokim krześle siedziała inna dziewczyna, która najwyraźniej próbowała na czymś się skupić. Nie wychodziło jej to za bardzo, gdyż jej wzrok nieustannie podążał w stronę ekranu monitorującego pracę serca, który raz pikał niepokojąco szybko, a raz niebezpiecznie wolno. Większa część mojego mózgu radziła mi przełączyć film na coś innego, ale jakiś fragment wciąż przypominał mi, że to przecież ja.
     Założyłam nogę na nogę, a ręce skrzyżowałam na piersi. Spuściłam wzrok, ignorując tym samym nieznaczny ruch chłopaka podczas swojego głębokiego snu.
- Dlaczego niebo nie może upaść, tylko ja? – spytałam po części retorycznie, wpatrując się ślepo w czubki swoich zielonych sandałów. James wiercił się w fotelu obok.
- No wiesz, niebo trzymają wszyscy aniołowie – zaczął zastanawiając się, czy jestem w stanie to zrozumieć. – A ciebie podtrzymują dwie osoby, które z każdym dniem stają się coraz słabsze.
- A moja siostra Pearl? – dodałam pełna pretensji. – Czy naprawdę nie była moim filarem?
- Mówiłaś, że jest głupia i że pewnego dnia zostawisz ją na stacji benzynowej – mój rozmówca zmarszczył czoło. Wywróciłam oczami.
- Bo starsze siostry tak mówią – wyjaśniłam mu tonem, jakbym tłumaczyła mu najprostszą rzecz na świecie. Bo to w sumie było tak, jakby spytał mnie, czy wiem, z czego robi się drewno. No z drewna, no. – Mówią dużo rzeczy, które są nieprawdziwe. To nic dziwnego. Powinieneś to zrozumieć, ona jest fanką waszych ziemskich odpowiedników.
- Nie jestem Loganem, nie jestem w stanie ci pomóc – rozłożył ręce w geście bezradności, uśmiechając się przy tym głupio, jak to na Jamesa przystało.
     Westchnęłam. Uniosłam oczy, powracając do obrazu z rzeczywistości. Jedyne, co intrygowało mnie w nim było to, że był czymś pewnym. Bo nic, co mnie otaczało tak naprawdę nie istniało. Tkwiłam zawieszona w próżni wraz z ubranym na biało pajacem, który nie zauważył nawet, że wyrosły mu skrzydła.
     Na filmie coś zaczynało się dziać. Czarnowłosy chłopak poruszył głową, otwierając w tej samej chwili oczy. Wyglądał, jakby wróciwszy do stanu uaktywnionej świadomości zawiódł się gdzieś w głębi i załamał ogromem prawdy. Nie dziwiłam mu się w sumie, był w tej samej sytuacji, co ja.
- Co on trzyma w drugiej ręce? – wtrącił cicho James. Oczywiście retorycznie, bo jak na anioła przystało wiedział, czym to jest.
- Ciii, nie przeszkadzaj! – uciszyłam go uderzeniem pięści w twarz. Znów nic nie poczuł, a ja znów straciłam czucie w palcach.
     Niemniej jednak duch miał rację. Jeremy pocałował mnie w wypukłe kosteczki palców, szepcząc coś pod nosem i spoglądając niepewnie w kierunku siedzącej w kącie Lovely. Upewniwszy się, że moja przyjaciółka przysnęła, ostrożnie wyciągnął spod lewej dłoni jakąś podartą kartkę, którą najwyraźniej próbował poskładać w całość za pomocą taśmy. Nie puszczając mojej bezwładnej dłoni przysunął się bliżej ze swoim taboretem, który odsunął się podczas jego nieplanowanej drzemki. Uśmiechnęłam się na widok jego trzydniowego zarostu, który uwielbiałam ponad wszystko na świecie. Gdyby tylko mógł wiedzieć, że go widzę.
     Rozprostowawszy rogi fragmentu kartki otworzył usta, by móc coś szeptem przeczytać. Zmarszczyłam brwi: przecież to była kartka z mojego pamiętnika, do którego kluczyk miałam tylko ja.
- Zastanówmy się – czytał, aż drżały mu struny i łydki. – Jeśli jestem różą, to mam płatki. Takie czerwone, miękkie i najcudowniejsze. Ale czymże są moje kolce? To cechy osobowości, słabości czy wady? A może ludzie, których spotykam? O, a co, jeśli róża nie ma kolców?
      Jeremy opuścił kartkę. To, co ujrzałam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Mało nie spadłam ze swojego fotela wprost pod nogi Jamesa widząc, że ma duże, czerwone oczy. Byłam w szoku - mój Jeremy płakał. A on nigdy tego nie robił.
- Dlaczego mi więdniesz? – spytał, patrząc z odrazą na moje nieczułe ciało. – No powiedz, dlaczego? Co mam jeszcze zrobić, być otworzyła oczy i mi odpowiedziała?
- Daj spokój – Lovely krzyknęła ze swojego kąta, wybudzona z czujnego snu. – Nie słyszy cię.
- Wie, ona wszystko wie! – wrzasnął, rzucając się zrozpaczony na moje ramiona. – Invisible, czym ja sobie na to zasłużyłem? Kogo mam zabić, bym mógł mieć cię z powrotem? Choć na moment, jeden krótki jak chwila, jak sekunda…
- Jeremy, odejdź od niej! – Lovely zeskoczyła z krzesła widząc, jak mój chłopak zanurza twarz w moim zimnym barku, stykając usta z nagą skórą obojczyka. – Jesteś psychopatą!
- Nie, po prostu ją kocham – wyznał pusto, jakby od niechcenia, obejmując mnie jeszcze mocniej i zasłaniając moją pierś własnym ciałem. Kropla potu kapnęła na moje czoło. – Powiedz mi jedno słowo. Co mam zrobić, proszę. A ja to zrobię. Muszę cię odzyskać, ja… ja nic innego nie mam.
     Lovely zatrzymała się przy brzegu mojego łóżka i długo wahała się, nim położyła mu rękę na karku w celu pokazania mu, że ma w nim wsparcie. Kochana, pomyślałam ze słodyczą w mojej pustej głowie.
- Nie możesz nic więcej zrobić, i tak bardzo się w to wszystko angażujesz – powiedziała, choć nie miała pewności, że ją słyszy. – Nie byłaby zadowolona wiedząc, że przestałeś chodzić na treningi w nogę… Tym bardziej, że zrobiłeś to przez nią. Wie, że kochasz biegać za piłką i tulić się do niej spocony, brudny od błota i trawy murawy…
- Raz wyprała mi nawet strój – wspomniał, głaszcząc mnie po policzku. Patrzył się również w moje zamknięte oczy. I to już kolejną godzinę, kolejny dzień, któryś tam tydzień. – Śmiała się przy tym jak kaczka. Wiesz, jak śmieją się kaczki?
- Głupio jakoś – Lovely wyglądała na zdziwioną tym porównaniem. Ja jednak uśmiechnęłam się przez łzy, których już od jakiegoś czasu nie wycierałam. Przyciągnęłam skrzydło Jamesa do siebie, by móc się w nie kwieciście wysmarkać.
- Nie chcę grać w nogę bez niej. I nie chcę żyć z nikim innym, jak z nią. Czuję się, jakbym każdego dnia tracił kawałek serca.
- To nadzieja, upływa, kiedyś się skończy…
- NIE! – wrzasnął tak desperacko, że złapałam się brzegów fotela. Jego twarz wykrzywiona była nie tylko bólem i wściekłością, ale i również… ekstazą miłosną. Ten krzyk był sprzeciwem, przez który nawet nie dopuszczał do siebie takiej informacji. O mój Boże, on mnie kocha. I to w czasie teraźniejszym.
     Zastygłam w bezruchu z rozwartymi ramionami i załzawionymi policzkami. Sytuacja na filmie (a właściwie relacji na żywo z Ziemi) ustabilizowała się: Jeremy odsunął swój taboret, by na powrót móc położyć głowę na wolnym fragmencie szpitalnego łóżka, a Lovely z westchnieniem powróciła na swoje miejsce w kącie sali wiedząc, że i tak nic nie zdziała. Wszystko zdawało się wracać do normy, jakby właśnie minęła granica punktu kulminacyjnego. I nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek obecny przy moim ciele miałby powrócić w najbliższej chwili do tego tematu.
     Pozwoliłam moim kolanom ugiąć się tak, jak tego chciały, przez co jeszcze mocniej wbiłam się w fotel. Na jasnożółtych spodniach widniały drobne, mokre i ciemne plamki, podobnież jak i na pomarańczowej bluzce. Zielona opaska dobrana pod kolor sandałów zsunęła mi się na czoło, psując niego i tak nierozgarniętą fryzurę. Próbowałam dopuścić do siebie kilka faktów, których świadkiem stałam się przez zupełny przypadek: chodziło mi w głównej mierze o odnalezienie mojego pamiętnika przez Jeremy’ego. To była ostatnia osoba, która powinna wiedzieć o jego istnieniu… Ale trudno. Byłam pewna, że skoro znalazł ten wpis, to musiał przeczytać i pozostałe, dotyczące najintymniejszych zakątków mojej osobowości. Pisałam w nim bowiem nie tylko o złych ocenach w chwilach załamania, ale przede wszystkim o zapewnieniach miłości dla nikogo innego, jak właśnie dla niego. Zarumieniłam się na samą myśl, że poznał obrazy tworzące się w mojej głowie podczas lekcji hiszpańskiego. Oczywiście po wielkich kłótniach zdarzały się wpisy pełne soczystych przekleństw i wyzwisk kierowanych pod tym samym adresem, ale było ich zaledwie kilka w całym, dwustukartkowym notatniku. Czasami zamiast pisać zwykłych zdań odpowiadających na pytanie „co u mnie”, rysowałam coś albo tworzyłam jakieś egzaltowane i bezsensowne tezy, których sama nie rozumiałam. Bardziej było im do fizjologii niż do filozofii.
    James mlasnął mi popcornem nad uchem. Zapomniałam, że tu ze mną siedzi.
- Pamiętam, jak wyprałam mu ten strój – burknęłam cichuteńko, złączając ze sobą kolana. – Śmiałam się, że żony piłkarzy mają taką niewdzięczną robotę. No wiesz, oni idą sobie na trening w białych strojach, a żona musi potem prać mieszaninę błota i soku z trawy. Najczęściej ręcznie, co jest męczące.
- Tylko raz mu wyprałaś strój? – spytał, odwracając się w moją stronę. Skrzydła gniotły go w plecy bardziej niż drewniany bolec wystający z jego nadprutego fotela. – Czemu tylko raz?
- Bo następnego dnia miałam zawał – zganiłam go wzrokiem. Nie musiałam mówić ani słowa więcej: w tej kwestii zdawał się mnie rozumieć.
     Znów spojrzałam na ekran. Kiedy tak wpatrywałam się tęsknie w czubek nażelowanych włosów mojego chłopaka, zdałam sobie sprawę, że jeśli Bóg zamyka drzwi, to otwiera okno. To był dosłownie moment, strzał dzidą w uciekające zwierzę. W dodatki trafiony strzał. Poruszyłam się na swoim miejscu jak po kopnięciu prądem o natężeniu… nie, nie bawmy się w fizykę.
- James? – szepnęłam obserwując, jak z uśmiechem obraca twarz w moim kierunku. – Jest jakiś sposób, by znaleźć się z powrotem na Ziemi? Nie mówię o wyzdrowieniu, tylko… no wiesz.
- Jest – odpowiedział jak gdyby nigdy nic. Zaraz potem oberwał pustym pudełkiem po popcornie po twarzy.
- I nic mi nie powiedziałeś?! – krzyknęłam, wymachując rękoma na wszystkie strony. Mój rozmówca otrzepywał właśnie ramiona z nie pękniętych ziarenek kukurydzy, jednak nie ściągnął z twarzy pudełka, a jedynie zrobił w nich otwory na oczy. Debil.
- Bo nie pytałaś – dodał niewzruszony. Dla frajdy zamachał skrzydłami, robiąc tym samym lekki wiatr i sprawiając, że rozrzucone za jego sprawą śmieci zniknęły gdzieś pod sąsiednimi fotelami. Założyłam zaciśnięte pięści na biodra i zmarszczyłam czoło.
- Domyślasz się, jakie będzie moje pytanie – rzuciłam bez jakichkolwiek emocji.
- A ty domyślasz się mojej odpowiedzi – skonfrontował. – Nie mogę ci tego powiedzieć.
     Coś ukłuło mnie pod żebrami. Ostatnie zdanie, jakie wypowiedział wydawało mi się być oschłe, zdecydowanie niepodobne do reszty tez wygłaszanych przez niego podczas naszych lekcji. Otworzyłam szeroko oczy, wyraźnie zdziwiona.
- Dlaczego? – spytałam, lekko niepewnie. – Na miłość boską, przecież wiesz, że to jedna z niewielu rzeczy, którą chcę znać!
     James wsadził rękę pod swoje pudełko. Chyba dłubał w nosie. Starałam się o tym nie myśleć wierząc, że dowiem się czegoś więcej, jeśli będę nieco milsza i nie będę wyzywać go od kretynów, jakkolwiek by się nie zachowywał.
- Nie powiem ci – wzruszył ramionami. – Szef mi nie pozwolił.
- James – westchnęłam. – Wiesz przecież…
- Tak, wiem, że kochasz Jeremy’ego i nie pragniesz niczego więcej, jak znów być człowiekiem z krwi i kości – zaczął lekko ostrawym tonem, co wbiło mnie w fotel. Nigdy wcześniej nie używał wobec mnie takiej barwy głosu tłumacząc, że duchy nie mają uczuć. – Wszyscy to wiemy. Ale nie mogę ci pomóc. Jeśli powiedziałbym ci o tym, a jeszcze nie daj Boże spełniłabyś warunki, skończyłoby się to tragicznie.
- Dla mnie? – spytałam. Ręce drżały mi jak na mrozie. – Mogę nawet umrzeć, byleby jeszcze raz móc…
- Nie dla ciebie – wyjaśnił szybko. Jego jasnobrązowe oczy błyszczały w ciemnościach kina, jakby płonęły. – Dla nas wszystkich. Zaczynając od ciebie, poprzez mnie i pozostałych, a na Jeremy’m i Lovely kończąc.
     Czułam się zawiedziona. Nie mogłam mieć do niego pretensji, niemniej jednak moje alter ego podjęło właśnie nieodwołalną decyzję: chciało za wszelką cenę dowiedzieć się, czymże jest ta tajemnica. Zdrowy rozsądek zaczął protestować jeszcze nim James ściągnął z głowy ten idiotyczny, papierowy i śmierdzący spalenizną hełm.
- Wiem, że jak kobieta zrobi awanturę i się rozpłacze, to dwa plus dwa wynosi pięć. Ale nie tym razem. Uno y uno no siempre son dos, Invisible Rodriguez.
     Po raz ostatni spojrzałam w stronę kinowego ekranu. Jeremy właśnie patrzył w moje zamknięte oczy, przyciskając do swoich ust moją bezwładną, pełną siniaków powstałych wskutek pobierania krwi dłoń. Szeptał coś o mnie, naszych dzieciach noszących dziwne imiona, deszczu i ekologicznym gospodarstwie. Był rozsypany jak tynk w mojej sali od hiszpańskiego.
- James? – spytałam, nie odwracając się do niego.
- Mhm? – mruknął, również nie przerywając obserwacji i analizy tego, o czym był film. Nie chciało mi się używać słów, które i tak niczego by w tym momencie nie wyjaśniły: odblokowałam mu po prostu swoje myśli. Nie minęły trzy sekundy świetlne, a już o wszystkim wiedział. Nie powiedział nic więcej: po prostu mi przytaknął. Nie zdążył do końca wykręcić się na fotelu w moją stronę. Z siłą huraganu uderzyłam w jego mostek nie panując nad tym, że moje oczy stały się dwoma odrębnymi wodospadami. Nie szczędząc krtani płakałam i krzyczałam jednocześnie wiedząc, że moja sytuacja jest głupia. Najzwyczajniej w świecie głupia.
     Przytulił mnie delikatnie, lecz z kamienną twarzą. Był bardziej bezradny, niż ja.
- Gdybym był człowiekiem, chyba bym przez ciebie umarł, dziewczyno – pokręcił głową, okrywając mnie swoimi skrzydłami jak tarczą, by żadne zmartwienie już do mnie nie dotarło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz