Rozdział 7
A mówili, że to ja jestem masochistką. Moja młodsza siostra Pearl miała wiecznie jakieś niezidentyfikowane, bardzo liczne zapasy coli w swojej skrytce na słodycze. Mama nie pozwalała nam pić takich rzeczy przed snem, ale kiedy gasiła już światło w naszym pokoju, ta wyciągała spod poduszki dwie lub trzy puszki i piła do dna, choć po półtorej dawki nie mogła już nic więcej w siebie wmusić. Po pięciu minutach leciała w podskokach do łazienki, by po chwili wrócić i kotłować się w pościeli do późnych godzin nocnych, niekiedy i nawet wczesno porannych. Nie dziwiło mnie to: po takiej dawce kofeiny nie da się szybko zasnąć. Nigdy nie zastanawiałam się głębiej nad tym zachowaniem tłumacząc się, że jest po prostu głupia – w końcu starsze siostry często tak mówią i jeszcze częściej mają do tego podstawy. Dodatkowo próbowałam wmówić sobie, że dzieciaki lubią łamać małe zakazy rodziców: sama byłam kiedyś w jej wieku i wiem, że każdy człowiek przez to przechodzi. Bunt taki. Raz jednak, po powrocie w okolicach północy z randki z Jeremy’m, cała w skowronkach położyłam się w ubraniu i makijażu na swoim łóżku, próbując poddać się marzeniom. Byłam jednak tak zmęczona, że nie byłam w stanie poukładać sobie w głowie ciągu słów wypowiedzianych kilka godzin wcześniej przez mojego już-chłopaka. Ledwie jednak doszłam do pierwszej fazy snu, kiedy otrzeźwiło mnie gwałtownie szurnięcie kołdry dochodzące z łóżka naprzeciwko. Dopiero gdy podniosłam głowę zauważyłam, że na podłodze przy wezgłowiu łóżka Pearl leżą nie dwie, nie trzy, a sześć puszek po coli, w dodatku z dodatkową porcją kofeiny. Moja siostra męczyła się z zaśnięciem, kotłowała się, wyginała nienaturalnie jakby z bólu. Natychmiast zeskoczyłam z łóżka i podeszłam do niej, zgniatając przy okazji jedną z nich. Pochyliłam się nad jej spoconym czołem zapominając o tym, jak bardzo chciało mi się spać. Po raz pierwszy spytałam wtedy, dlaczego to wszystko robi. Odpowiedziała mi dość ambitnie jak na dwunastolatkę: „Najlepsze marzenia człowiek ma tuż przed zaśnięciem, kiedy wymyśla różne historyjki. A kiedy nie mogę zasnąć, mogę marzyć do woli, bo wiszę na granicy snu. To trochę jak samookaleczenie, ale nie żałuję, że to robię. To jest cudowne.” Po tych słowach szybko dopadłam do jej szafki i wypiłam trzy ostatnie puszki coli, które tam znalazłam. Jęczałyśmy później do samego rana, nie mogąc zmrużyć oka mimo tego, iż byłyśmy zmęczone.
To było najdziwniejsze miejsce, jakie mogłam sobie wymyślić i nie miałam zielonego pojęcia, dlaczego akurat tu przyszłam. Nienawidziłam miejsc, w których jest głośno mimo tego, iż wokół mnie nie ma żywej duszy. Życie toczyło się w swojej pełni, jednak do teraz nie umiem wytłumaczyć, skąd wzięły się te wszystkie dźwięki. Już będąc w wesołym miasteczku twierdziłam, że takie miejsca są straszne i wyglądają jak nawiedzone przez duchy. Dlaczego więc nie poszłam nigdzie indziej, tylko na stadion?
Rozejrzałam się wokół siebie, kręcąc się i nie mogąc uwierzyć, że uzyskanie takiego efektu jest w ogóle możliwe. Znajdowałam się na samym środku murawy ogromnego boiska do piłki nożnej. Było tak wielkie, że jakieś tam Camp Nou w Hiszpanii czy nawet Koloseum mogłyby się schować. Nieco wyżej niczym rajskie ptaki rozpościerały się trybuny pełne krzeseł we wszystkich kolorach tęczy, choć przeważała wśród nich czerwień. Zewsząd słychać było wuwuzele, piski i niezrozumiałe mi skandowania. Zatrzymałam się na linii dzielącej boisko na połowy i postawiłam nogę na znajdującej się nam piłce. Co prawda miałam na sobie korki i jakieś czerwone piłkarskie getry, jednak reszta mojego stroju nie pasowała do kogoś, kto ma zaraz rozegrać mecz: szare krótkie spodenki, biały T-shirt i apaszka w kwiatki to zupełnie nie ten zestaw. Ze spokojem wsadziłam ręce do kieszeni, po czym zawiesiłam wzrok na lewej części trybun. Dźwięki niewidzialnego tłumu nie ustawały, a ja mimo tego, iż nie wiedziałam, co robić, czułam się wolna. Łapczywie zaczerpnęłam powietrza, by jeszcze bardziej odczuć ciasne szprychy mojej ciasnej klatki. Móc wszystko, a jednocześnie nie móc nic. Zaczynałam się przyzwyczajać.
- Nie lubisz piłki nożnej – dobiegło do mnie zza pleców. Nie musiałam się obracać, by dowiedzieć się, kto to taki. Przymknęłam oczy i zażądałam, by w moją twarz uderzył wiatr. Trybuny również ucichły na mój rozkaz.
- Ale Jeremy ją kocha – westchnęłam. – Chociaż taki jego kawałek mogę tu mieć. Nie psuj mi tego.
- Nie zamierzam ci niczego psuć – powiedział z wesołością James, który stanął na tej samej linii i również patrzył przed siebie. – Swoją drogą, to nieźle to wszystko urządziłaś. Nawet ławki rezerwowych wymyśliłaś. Brawo.
- Przepraszam – wyparowałam niespodziewanie.
James wyglądał na zdziwionego. Wpierw obrócił się do mnie samą twarzą, jednak po kilku sekundach świetlnych bez odpowiedzi przeszedł półtorej kroku i stanął naprzeciwko mnie, starając się patrzeć mi w oczy. Miał utrudnione zadanie, gdyż opuściłam wzrok na swoje korki koloru świecącej żarówki.
- Oj, nie każ mi tego powtarzać, nie lubię przyznawać się do błędów – poprosiłam, poprawiając swoją apaszkę.
- Jestem aniołem, a nie wiem, o co ci chodzi – rzekł. – To dziwne uczucie.
- Nigdy nikt cię za nic nie przepraszał? – spytałam zdziwiona.
- Dwa razy – odparł. – Raz był to Kendall, który rozsypał moje szklane kulki po całej białej próżni. Kazałem mu je potem zbierać przez cały świetlny tydzień. Zabroniłem mu używać do tego mocy, żeby poczuł smak manualnej pracy. Czułem się jak dyktator.
- A ten drugi raz? – dopytywałam się. Wydawało mi się nieprawdopodobne, że i tak nikt go wcześniej nie przepraszał. To takie naturalne… i trochę ludzkie. Choć fakt, nie był on normalnym człowiekiem. Ba, on w ogóle nim nie był.
- Kiedyś opiekowałem się pewną dziewczynką – rozpoczął, przyjmując tę samą pozę co ja. Wymyśliłam mu nawet piłkę i postawiłam ją przed nim, by mógł położyć na niej nogę. Różnił nas teraz tylko strój, który ten miał oczywiście w całości biały. – Wiesz, w jej głowie, tak jak my tobą teraz. Miała sześć lat i zapadła w śpiączkę po wypadku samochodowym. Pijany rodzic, przejazd kolejowy, gdzieś w Bułgarii to było. Nie współpracowałem wtedy z chłopakami, każdy z nas miał inne zlecenia. Dziewczynka miała na imię Eleonora i spędziłem z nią zaledwie kilka godzin.
- Obudziła się?
- Nie, umarła. Zdarza się po zderzeniu z pociągiem.
Z jakiegoś powodu było mi głupio. James zawiesił wzrok na moich butach i wyglądał na nieco przygnębionego. W moim umyśle zapaliła się czerwona lampka o nazwie „pamiętaj, że anioły i duchy nie mają uczuć, a to, co wygląda na uczucie, jest wyuczone i zaprogramowane”.
- Siedziałem z nią po turecku w otoczeniu bieli, którą sama zresztą na początku widziałaś. Była tak zafascynowana moimi początkowymi naukami, że nie potrafiła utworzyć tu żadnego świata. Słuchała uważnie, szczerząc się do mnie szczerbato. Nagle, ni stąd ni zowąd powiedziała, że mnie przeprasza. Kiedy spytałem za co, odpowiedziała mi, że za to, iż jest człowiekiem. Chwilę później niosłem ją na rękach w stronę granicy ze śmiercią. Stałem na tej czerwonej linii nawet wówczas, gdy już ją zabrano.
- Za bycie człowiekiem? – szepnęłam. – Co według sześciolatki znaczyło „być człowiekiem”?
- Ranić anioły – wzruszył ramionami. – Tak przeczytałem w jej umyśle. Nie umiała zablokować myśli tak, jak ty to robisz.
- To i ja za to cię przepraszałam – niekontrolowanie położyłam dłoń na sercu. – Wiem, że nic nie czujecie, ale przepraszam was za rany, które mimo wszystko wam zrobiłam. Nie chcę z tym żyć, jesteście dla mnie tacy dobrzy. A ja jestem głupia.
- Nie jesteś głupia, tylko jesteś człowiekiem - James uśmiechnął się do mnie tak, jak jeszcze nigdy tego nie zrobił. Tak czysto i… ludzko. – Ludzie nie są doskonali. Nawet ja nie jestem.
- Nie jesteś? Nie żartuj sobie, przechodzisz przez ściany i widzisz innych ludzi.
- Ty też przechodzisz przez ściany, Invisible.
- Ale nie widzę ludzi.
Przez mój mózg przeszedł dziwny impuls, chyba nawet pomysł, jakaś idea. Nie umiałam jej jednak podporządkować żadnej kategorii. Kopnęłam więc delikatnie swoją piłkę, po czym zaczęłam sunąć z nią w stronę pustej bramki. Dziwne było to, że ja biegłam, a James szedł swoim normalnym krokiem tuż obok mnie, z rękoma w kieszeni i z idealną fryzurą.
- Co zamierzasz? – spytał. Zatrzymałam się tuż przed polem karnym, sapiąc mimo tego, iż wcale nie byłam zmęczona. Opuściłam ręce wzdłuż tułowia i zacisnęłam mocno pięści.
- Pokażę wam, że potrafię być dobra – wyznałam z pewnością siebie w głosie. – Dokonam tego, udowodnię tobie i reszcie!
- Nie musisz, wierzę ci.
- James, popatrz tylko.
Uniosłam ręce do góry w nadziei, iż wizualna oprawa doda nieco charakteru mojemu widowisku. Zamknęłam oczy i przygryzając wargę pomyślałam życzenie, a właściwie wypowiedziałam w myślach rozkaz. Nie wiedziałam, czy jestem w stanie tego dokonać, ale sprawdzić przecież nigdy nie zaszkodzi. Zrobiłam obrót wokół własnej osi i spojrzałam na Jamesa w obawie, iż mogło mi się nie udać. Ku mojemu zaskoczeniu mój rozmówca wyglądał na… radosnego i podekscytowanego jednocześnie. Dotykał swojej twarzy jakby sprawdzał, czy nadal jest tą samą osobą.
- I jak się czujesz, James? – spytałam z dumą, co było raczej pytaniem retorycznym. Ten uniósł ku mnie szczęśliwe i rozbiegane oczy, a jego uśmiech mówiłam za siebie. Kopnęłam w jego stronę swoją piłkę.
- Masz pojęcie, czego dokonałaś? – rzucił niczym podekscytowany pięciolatek z drżącym od niedowierzania głosem. – A niech to kule biją, ja wszystko czuję! Czuję dotyk – powiedział, próbując złamać sobie palec. – I czuję to, co mam tutaj – dodał, pokazując palcem wskazującym na swój mostek i gapiąc mi się w oczy jak niewierzący w stygmaty.
- Ciesz się tym, póki możesz – odparłam zadowolona, pokazując palcem w stronę leżącej obok niego piłki. – To będzie trwało tylko przez kilka minut. Jestem wyczerpana.
- Zmęczenie też czuję – dopowiedział ze łzami wdzięczności w oczach. – To takie piękne, Invisible.
Skinęłam głową na znak, że może dokończyć moją akcję. Dumny i nie posiadający się ze szczęścia, zupełnie do siebie niepodobny James odchylił prawą nogę w tył, by strzelić do pustej bramki. Trafił w jej prawą, wewnętrzną siatkę. Z jednej strony cieszyłam się, że może choć przez chwilę czerpać radość z naprawdę drobnych rzeczy, z drugiej jednak wiedziałam, że nie postępuję właściwie. Potrząsnęłam głową: nie chciałam teraz o tym myśleć. Byłam fałszywym człowiekiem – przekonałam się o tym w chwili, gdy szczęśliwy James podbiegł do mnie i w przypływie nieokreślonej siły przytulił, by móc oderwać mnie od murawy boiska i zakręcić mną kilka piruetów. Śmiał się przy tym nieskazitelnie, a ja poczułam, że opuszczają mnie wyrzuty sumienia. Wiedziałam jednakowoż, iż lada chwila powrócą, w dodatku sto razy cięższe. Postanowiłam, że póki co będę cieszyć się chwilą i sprawiać pozory, iż wszystko jest w porządku.
- James, postaw mnie na ziemi! – wrzasnęłam, kiedy zaczęło kręcić mi się w głowie. Mój anioł po raz ostatni podniósł mnie ponad siebie na wyciągniętych rękach, jakbym ważyła tyle co anorektyczny kot i opuścił mnie powoli. Z jego ust nie schodził uśmiech, który wręcz z każdą chwilą stawał się coraz bardziej błyszczący: być może za sprawą tych śnieżnobiałych zębów. Przytulił mnie zbyt mocno, bez wyczucia, z zerowym doświadczeniem w tej kwestii.
- Dziękuję ci, Invisible – szepnął mi do ucha z zasmarkanym głosem, co było do niego zupełnie niepodobne. To on był od pocieszania mnie i uszczęśliwiania, nie na odwrót! To on był moim mistrzem i nauczycielem, nie ja jego! Wszystko zaczynało się burzyć: najpierw powoli, potem ziemia miała trząść się coraz mocniej.
- Nie ma sprawy – poklepałam go po plecach. I przepraszam, że cię tak krzywdzę, dopowiedziałam.
James rozluźnił swój uścisk, lecz nie po to, by puścić mnie wolno, a po to, by po raz kolejny spojrzeć mi w oczy. Wciąż trzymał splątane ręce na moich plecach, choć jedną z nich na moment wyswobodził, by odgarnąć mi z czoła fragment sklejonej potem grzywki. Znów słyszałam wuwuzele i gwizdy, ale panujący wokół mnie gwar jakby przestał się liczyć, co było dość nieprawdopodobne. Zamilkłam. Byłam w centrum uwagi, która wbrew pozorom nie należała do niewidzialnego tłumu, a do samego Jamesa. Przymknęłam powieki, by przekonać się o tym, że się nie mylę.
Jeszcze nigdy nie całowałam anioła. To było jak dotyk czegoś, co nie istnieje. W pierwszej kolejności zdałam sobie sprawę, że wsuwa rękę pod moje włosy w okolicach potylicy. Było widać, że rozkoszuje się tym, iż może czuć dotyk poprzez skórę. Było mi zimno, jednak nim zdążyłam o tym w ogóle pomyśleć, James jeszcze czulej objął mnie ramionami i zamknął w nich jak w kleszczach. Kiedy mój podbródek zaczął drżeć, ten uchwycił go między kciuk a palec wskazujący, po czym zbliżył swoje usta do kącika moich. Jego oddech był słodszy niż cokolwiek, z czym kiedykolwiek miałam styczność. Skamieniała pozwoliłam, by przyciskając mnie do swojej piersi uniemożliwił mi nie tylko ucieczkę, ale i również samą czynność powiedzenia czegokolwiek. Najpierw tylko musnął moją górną wargę, a potem – upewniwszy się, że nie protestuję – zapomniał otym, kim jest naprawdę. Pozwolił sobie na połączenie naszych ust w jedność. Mimo tego, iż nigdy tego nie robił, omal nie zemdlałam z wrażenia. Ścisnęłam mocno jego skórę na karku, chcąc wyzyskać z niego jak najwięcej.
Ocknęłam się ułamek sekundy później. Głowa znów bolała mnie niemiłosiernie, jak tuż po przybyciu w to ohydne miejsce. Gdy udało mi się otworzyć oczy, zorientowałam się, że pode mną rozciąga się coś wilgotnego, wręcz mokrego i brudnego. Wyciągnęłam rękę i po chwili namysłu stwierdziłam, że w dalszym ciągu znajduję się na murawie boiska. Zniknęły jednak jakiekolwiek dźwięki niewidzialnych ludzi, których tu nigdy nie było, zniknęły ślady mojej obecności, zniknęła piłka… i zniknął James.
Uniosłam się, podtrzymując ciężką jak beczka głowę. Usiadłam po turecku wśród równo przystrzyżonej trawy i niewyobrażalnej, grobowej ciszy. Obraz przed moimi oczami był nie do końca wyraźny, jednak bez problemu udało mi się zauważyć ubraną na biało postać, siedzącą w drugim rzędzie ławek rezerwowych. Nie zdążyłam nawet wyprostować pleców: mężczyzna wstał i spokojnym krokiem zaczął zmierzać ku mnie. Z rękoma w kieszeni.
- Za parę minut czar pryśnie, a James nie będzie pamiętać tego, co się stało – Carlos zatrzymał się tuż nade mną i z wyższością spojrzał w słońce.
- Nie, nie wycofam się, jeśli do tego dążysz – pokręciłam przecząco głową wiedząc, co chce przez to powiedzieć. – Zachowuję się jak… jak człowiek.
- Przez ciebie nie ma pojęcia, że popełnia grzech, cudzołoży i zdradza samego siebie – dodał, patrząc na mnie z góry. Mimo groźnej miny jego ciemne oczy były pełne serdeczności. – Nie czujesz się podle, że go wykorzystujesz?
- Czuję się okropnie – powiedziałam cicho, podkurczając nogi w kolanach i przyznając mu tym samym rację. – Ale obiecałeś, że pomożesz mi dotrzeć do Jeremy’ego za wszelką cenę. Nawet, gdy miałaby to być ostatnia minuta mojego życia.
- Ryzykuję więcej, Invisible – rzucił bardzo przekonująco. – On dzięki tobie poczuł, co to znaczy być kimś innym. On dowiedział się, że cię kocha. Bo przecież nie mamy uczuć, tak?
- Ale ja kocham tylko Jeremy’ego – pisnęłam w ramach protestu. – Całowałam go tylko dlatego, że ty mi kazałeś. Musiałam to zrobić, musiałam… James zapomni, zaraz niczego już nie będzie czuł.
- Nie mówmy o tym. Mecz się jeszcze nie skończył.
Po tych słowach podszedł do leżącej obok mnie piłki (skąd ona się tam w ogóle wzięła?) i wykonawszy zamach oddał strzał w kierunku bramki. Leciała w powietrzu przez kilka długich sekund świetlnych, by minąć słupek na wysokości głowy potencjalnego bramkarza. Spudłował.
Rozejrzałam się wokół własnej osi: Carlos rozpłynął się w powietrzu niczym woda ze spryskiwaczy. Moje oczy zaczęły puchnąć od bólu płynącego z wciąż bijącego serca, a moje łzy wypalały w murawie pojedyncze, cuchnące węglem dziury. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że będę całować się z kimś tylko po to, by móc znaleźć się przy Jeremy’m, wyśmiałabym go i kazała mu zamknąć za sobą drzwi. Nigdy nie sądziłabym, że wyzyskiwanie drugiego człowieka stanie się częścią mojej walki o przetrwanie. Walki, która pochłonie mnie na tyle, iż stracę poczucie wartości i stanę się kimś, kim nigdy nie byłam.
Ludzie bardzo często się zmieniają w mniejszym lub większym stopniu, ale nigdy nie zostają tacy sami. Zniknęło boisko, zniknęły bramki, zniknęły trybuny – zostałam ja, wisząca wśród bieli niczym porzucony manekin. A to był dopiero pierwszy stopień do piekła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz