Rozdział 8
Okres, w którym jesteśmy dziećmi jest zazwyczaj tym najcudowniejszym, jakiego doświadczamy. Kiedy kończy się dzieciństwo – kończy się życie. No bo co nam po tym, że biegamy w tę i z powrotem i nie mamy czasu nawet usiąść? A kiedy już usiądziemy, to najczęściej już nie wstajemy. Tęsknię za tymi czasami, kiedy słowo „dupa” było najcięższym przekleństwem, nie martwiliśmy się o swoje figury, za wejście na stronę dla dorosłych groziło więzienie i przyjeżdżała policja, największym dylematem poranka nie było wstać czy nie wstać, a na jaki prezent naciągnąć rodziców. Największą zbrodnią tych czasów było wrzucenie w kościele pięciodolarówek z chipsów do tacy na jałmużnę. Pamiętam nawet taką sytuację: wraz z Lovely podeszłyśmy do puszki na datki dla ubogich i wrzuciłyśmy do niej nasze fałszywki. Prawdziwe pieniądze wydałyśmy na słodycze: moja przyjaciółka opychała się czekoladą i cukierkami z galaretką, ja zaś wciskałam w siebie tyle słonych paluszków, ile sama ważyłam. Całą sytuację podpatrzyła jedna ze starszych pań – jak się później okazało, była to sąsiadka Lovely. Nigdy nie zapomnę tego, jak goniła nas między ławkami i urządziła sobie slalom między wiernymi. Zabawne doświadczenie.
Rozejrzałam się dookoła w niepewności. Wokół mnie unosiła się gęsta jak budyń mgła, przez którą praktycznie nic nie widziałam. Wymalowana w barwy wojenne, ubrana w bluzkę na ramiączkach moro, bojówki i glany poprawiłam spoczywający na moich plecach karabin. Zrobiłam parę kroków ku uskokowi, by upaść na brzuch i przeczołgać się przez spory kawałek w kierunku skały. Ze zmrużonymi oczami dałam znak, że droga jest wolna. Utkwiwszy swój wzrok w bezdennej przepaści ocierałam czoło z niewidzialnego potu. Podparta na łokciach czekałam, aż mój towarzysz wreszcie się przy mnie pojawi.
- Czy to naprawdę konieczne? – mruknął marudnym głosem Kendall, usadawiając się obok mnie. – Chyba wolałem być ubrany na biało. W tym jest mi nieswojo.
- Rozglądaj się, czy nikogo tu nie ma – poleciłam mu, ściągając z głowy brudny od błota kask, na którym znalazło się parę drobnych gałązek. Musiałam o nie zaczepić podczas ucieczki przez chaszcze.
- Ale doskonale wiesz, że jesteśmy tu sami – mój anioł w stroju moro i w czarnym bezrękawniku wydawał się być lekko znudzony.
- I tym samym psujesz w sobie człowieczą iskrę – burknęłam. – Człowiek ma wyobraźnię. Wyobraź sobie, że jest z nami ktoś, kto nam zagraża.
- Ale ja nie potrafię, Invisible.
- Skup się. Mieliśmy szukać Empireum.
Według nauk Jamesa, Empireum było miejscem stanowiącym mieszkanie Boga. Nikt nie miał tam wstępu, ale to nie miało żadnego znaczenia: i tak nikt nie mógł go znaleźć. Było ukryte lepiej niż klucze, których potrzebuję zawsze wtedy, gdy gdzieś się spieszę. Na ogół wydawałoby się to bez sensu, jednak o moje działania oparty był plan. Plan, który piekł, raził, parzył, swędział i krzyczał mi do ucha, że mnie zabije.
Poczułam chłód. Kendall dotknął niechcący mojego ramienia, gdy próbował zmienić swoją pozycję na nieco wygodniejszą.
- Nie znajdziesz Szefa – rzucił. – Prędzej to on znajdzie ciebie.
- Zamilcz Kendall, albo powiedz coś nie składniowego.
- W jakim sensie? – spytał zdziwiony, podpierając się tylko na lewym przedramieniu.
- Coś bez sensu – wyjaśniłam z wyższością. – Rzuć w moją stronę ciąg słów, który przyjdzie ci na myśl, a ja ci go zinterpretuję. To jest fajne.
Kendall poprawił gałęzie na swoim kasku, by wyglądać bardziej niepodlegle. Podrapał się za uchem i odchrząknął. Zapewne zastanawiał się, po co mi to wszystko. Biedny anioł.
- Zielony rower cyganka kompot jest żółty nie do wiary śmieję się chyba bardzo mięsny potwór ty – wyrzucił z siebie na jednym wdechu. Moje oczy urosły do rozmiarów piłek do tenisa, a towarzyszący mi duch wyglądał na zakłopotanego i zmieszanego. – Przepraszam.
Nie mogłam już dłużej. Wybuchłam mu w twarz śmiechem tak potężnym, że gdybyśmy znajdowali się na prawdziwym poligonie, to rozbroiłabym nim wszystkie bomby, samoloty zaczęłyby spadać, a grochówka w stołówce przypalać. Skuliłam się aż za swoim fragmentem skały i położyłam na plecach, o mało nie odpalając pocisku ze swojego karabinu.
- To było tak bez sensu, że aż genialne! – odkrzyknęłam, szczerząc się do niego jak komornik sądowy do tej głupiej sąsiadki z domu szeregowego naprzeciwko. Swoją drogą, dobrze jej tak.
- Nie widzę w tym cienia genialności – prychnął Kendall, choć w głębi duszy miałam wrażenie, że nic nie rozumie.
- Lubię, kiedy coś jest bez sensu – westchnęłam w końcu, uśmiech jednak nie schodził mi z twarzy. – To takie ludzkie.
- Powinienem więc czuć radość i satysfakcję płynące z tego czynu, prawda? – spytał, przyciskając swój karabin do piersi tak mocno, że omal go nie zmiażdżył. – Nie umiem być nawet smutny z tego powodu.
To był najlepszy czas, by wykonać kolejny ruch pionkiem. Ułożywszy się wygodnie na chmurze włożyłam ręce pod głowę tak, jakbym rozkładała się na plaży. Przygryzając źdźbło zielonej trawy zamknęłam oczy i skrzyżowałam nogi w kolanach. Moje płuca wypełniły się kwiatowym powietrzem, a każda z komórek mojego mózgu skupiła się na osiągnięciu jednego celu. Przygryzłam nawet dolną wargę, by nadać mojej pozie więcej wizualności. Czułam, jak robi mi się gorąco i wiedziałam, że to dobry znak. Przez chwilę zapomniałam o tym, po co to wszystko robię: chyba naprawdę chciałam mu pomóc. Nie można być przecież aż tak złym człowiekiem. Choć zło zawarte jest już w samej definicji mojej rasy…
Usiadłam nagle, w tym samym czasie otwierając oczy. Spojrzałam w stronę klęczącego przy mnie Kendalla ze smugami rozmazanego błota na swojej twarzy: jego tęczówki stały się jakby niebieskie, a wargi wykrzywione były w grymasie niedowierzania. Czuł, że coś się zmieniło – nie wiedział jednak co takiego. Niczym Jezus oglądający stygmaty spojrzał na swoje ręce, które drżały jak na mrozie, choć wokół nas było ciepło.
- To dziwne – szepnął jakby do siebie, oglądając uważnie swoje palce. – Mam wrażenie, że…
- Dotknij mnie – poprosiłam z uśmiechem na fałszywych ustach.
Blond anioł wyciągnął ku mnie niepewną rękę. Kiedy poczuł, że moja skóra jest ciepła, odskoczył jak oparzony. Ale jakże szczęśliwy.
- Invisible! – krzyknął, łapiąc się w euforii za serce. – To niesamowite! Przecież ja wszystko czuję, ja wiem, ja… ja nie wiem, co powiedzieć.
- Ludzie w takich chwilach dziękują – machnęłam ręką, jakby to był z mojej strony jakiś drobiazg. Miałam nadzieję, że nie widać po mnie, jak wiele energii i mocy mnie to wszystko kosztuje.
- A powiedz mi – zwrócił się do mnie jak do specjalisty, siadając tuż przy moim boku i prezentując swoje ciężkie, wojskowe obuwie w kolorze upadłego anioła. – Co to znaczy, kiedy chce się wyryć na drzewie czyjeś imię? Kiedy czujesz taką potrzebę? Nurtuje mnie to.
Tak jest, działa, pomyślałam z radością. Wszystko szło zgodnie z planem. Wiedziałam, że mam mało czasu, bo za kilka minut wszystko miało powrócić do normy, a Kendall niczego nie pamiętać.
- To zależy od imienia – wzruszyłam ramionami, wyprostowując nogi w kolanach. – Jeśli to imię męskie, to masz problem. A jeśli żeńskie, to znaczy, że koniecznie chcesz zostawić gdzieś ślad po tej osobie. Że kiedy już jej nie będzie, będziesz mógł spojrzeć na to imię wyryte w korze i rozpłaczesz się, dziękując jej za to, że w ogóle istniała.
- A jeśli przy tym ryciu imienia koniecznie chce się skaleczyć w palec? – spytał, co mnie z kolei wybiło z rytmu. – To dziwne?
- To znaczy, że jesteś masochistą – oznajmiłam po profesorsku. – Albo, że bardzo chcesz poczuć, że żyjesz. Że czujesz. A to już takie dziwne nie jest.
Jego uśmiech był tak piękny, że z nagła poczułam wyrzuty sumienia, które – miałam nadzieję – że już się nie pojawią. Wiedziałam, że z jednej strony robię coś dobrego, z drugiej jednak miałam tę świadomość, iż zachowuję się podle. Kiedy jednak Kendall położył mi swoją dłoń na policzku, sama chciałam przysunąć się bliżej niego. Anioły, które czują, tracą wyczucie grzechu i robią to, co dyktuje im ich ludzkie ciało. Najgorsze było to, że nie chciałam, by było inaczej.
To był moment w czasie. Bez zastanowienia wyrzuciłam ramiona w kierunku tułowia Kendalla zapominając, że mimo wszystko jego nos wygląda jak miska do moczenia świńskich mózgów w rzeźni. Przytuliłam się do niego wiedząc, że innej drogi nie ma. Kask zleciał mu z głowy na leżący za jego plecami kamień, a moje włosy zaczęły wplątywać się w jego kościste palce. A może było na odwrót? Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Miałam wrażenie, że nie tylko duchy tracą nad sobą kontrolę, ale ja również. Zaplótłszy własne nogi wokół jego żeber, ścisnęłam mu szyję własnymi ramionami zapominając, że to ja jestem tutaj tą złą. Chciałam poczuć oddech anioła i chyba to mnie zgubiło… Jego usta były takie cudowne, wspaniałe, popękane, a jednocześnie gładkie, nie do opisania. Moje palce zaczęły miętosić materiał jego przepoconego podkoszulka, a usta nie przestawały brać więcej. Położył dłoń na mojej potylicy, bym za żadne skarby nie wyrwała się z jego uścisku.
I nagle wszystko zaczęło tracić sens. Słyszałam, że ktoś nadchodzi.
- Odejdź stąd! – wymamrotałam z trudem spomiędzy plątaniny naszych warg. – Odejdź Kendall jak najdalej, szybko!
Jakimś cudem udało mi się unieść palec w górę i zażądać jego powrotu do białej próżni. Kiedy odchodził, w jego oczach widziałam błyszczące znaki zapytania, na które nie mogłam patrzeć. Odwróciłam głowę i czekałam, aż całkiem odejdzie. Miałam wrażenie, że jeszcze wyciąga rękę, by mnie chwycić i zabrać ze sobą… Zniknął, nim zdążyłam otworzyć oczy. Rozkraczona złapałam się za serce, dławiąc przy tym powietrzem i własnym bólem. Po raz pierwszy zadałam sobie pytanie: czy to, co robię jest tego wszystkiego warte? Czy opłaca mi się upadać nie mając pewności, że ostatecznie się podniosę? Czy warto jest wypuszczać powietrze z płuc nie wiedząc, jak daleko mamy do powierzchni?
Przycisnęłam twarz do ziemi, trzymając się za gardło. Usłyszałam skrzypnięcie kolan Carlosa, który przykucał właśnie przy mojej głowie z proroczymi dołkami na policzkach. Miałam przed oczyma jego białe buty.
- Jestem anielską dziwką – wydusiłam, nie próbując nawet się podnieść. – Czy to choć trochę lepsze od tej ludzkiej?
- To normalne, że jak się tyle ze sobą przebywa i rozmawia się na wszystkie tematy, to jest się zakochanym – miałam nieodparte wrażenie, że jakaś jego część stara się mnie bezpodstawnie usprawiedliwiać. – Dlatego właśnie Bóg nie daje nam uczuć. Lepiej jest być skałą, jeśli ma się takie zadanie jak my.
- Ale to ty kazałeś mi to wszystko robić – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. – Mówiłeś, że to jedyna droga, by pożegnać się z Jeremy’m…
- I nie kłamałem – szepnął, gładząc mnie po włosach. – Przecież wiesz, że nie ma zbrodni bez kary.
- Jestem już za połową. Czy to wszystko jest tego warte?
- Na to pytanie tylko ty znasz odpowiedź – odpowiedział tak spokojnie, że zaczęłam się bać. – Kochasz Jeremy’ego, robisz to ze względu na niego. Na twoim miejscu nie stawałbym. Nie z twoim charakterem, Invisible.
- Ale James i Kendall…
- Oni już upadli – wykrztusił z czymś w rodzaju nieuzasadnionej skruchy. – Kobieta jest tą jedyną siłą, przez którą anioł może upaść.
- Pozostał jeszcze Logan… - przypomniałam mu cicho. Nadal nie oderwałam twarzy od chmury pełnej lepiącego się żwiru, która stanowiła moje podłoże.
- Z Loganem musisz postąpić inaczej, bo jako jedyny zna mechanizm działania ludzkiej psychiki – podpowiedział mi do ucha jakby w nadziei, że jeszcze się podniosę. Na próżno. – Jemu najtrudniej będzie upaść, ostrzegam cię.
- Czy Kendall i James już niczego nie pamiętają? – spytałam, nieco oderwana od rzeczywistości. Och, jak to słowo dziwnie brzmiało w tej sytuacji…
- Tak – odpowiedział. – I przez myśl im nawet nie przejdzie, że taka sytuacja miała miejsce.
Nie wiedzieć czemu przed oczami stanął mi obraz, który ostatnimi czasy próbowałam od siebie odpędzić: uśmiechnięta twarz Jeremy’ego biegnącego z piłką ku bramce w tym swoim błękitnym stroju nie dawała mi spokoju. Skoro i on tak ciężko walczył o zwycięstwo, to może ja też powinnam wstać i iść dalej wierząc, że upadłe duchy wracają do domu? Byłby ze mnie dumny wiedząc, jak ciężko walczę. Bałam się jednak spojrzeć w dół: tam, gdzie spoczywało moje przypięte do kilkunastu kabli ciało i dusza, której szczęścia najbardziej pragnęłam. Chciałam dotknąć jego zmęczonych czekaniem włosów i na nowo uwierzyć, że zimne ręce oznaczają gorące od bicia serce.
Położyłam się wreszcie na brzuchu i odwróciłam twarz w kierunku ramienia Carlosa. Jego oczy wbijały we mnie gwoździe.
- A co, jeśli się nie uda? – spytałam cichutko, nie chcąc wywołać wilka z lasu. Z ust na ziemię ciekła mi strużka śliny.
- Zawali się niebo – odpowiedział spokojnym głosem. Z lekkim uśmiechem po raz ostatni pogłaskał mnie po głowie, po czym rozpłynął się w powietrzu.
Znów zostawił mnie samą, dryfującą wśród bieli własnej wyobraźni, której na ten moment nie potrafiłam użyć. Zawisła w próżni zastanawiałam się, czy nie zwymiotować – to byłoby takie ludzkie, takie naturalne, takie normalne. A tego mi tutaj najbardziej brakowało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz