środa, 26 grudnia 2012

I co z tego, maj też kiedyś się skończy

Rozdział 9

     Cywilizacja jest wrogiem każdego normalnego człowieka. To czymże ja zatem byłam wmawiając sobie, że uwielbiam zapach miasta? Nie żebym była jakimś fanatykiem, ale znacznie większą przyjemność sprawiała mi obserwacja ulicznych stłuczek niż słuchanie śpiewu ptaków nad rzeką czy też napawanie się czystym powietrzem na wsi. Nic jednak nie było w stanie zastąpić mi słuchania smętnych piosenek lecących z moich popsutych słuchawek, kiedy to w samym środku gwieździstej nocy siedziałam na ławce w parku lub też leżałam w trawie koło jednej z najbardziej ruchliwych ulic w mieście. Czułam się wtedy jednocześnie ważna, a drugiej strony niezauważona. Bo kogo obchodzi jakaś dziewczyna leżąca w krzakach? Taka samotna w tłumie. I to było zajebiste.
     Korzystając z możliwości własnej wyobraźni ubrałam się w czerwoną sukienkę, na którą w normalnych warunkach w życiu nie byłoby mnie stać. Bez pośpiechu zsunęłam z nóg czarne szpilki, w których było mi już niewygodnie. Przyklepałam nieco pokrytą lakierem grzywkę, później poprawiłam sztywne jak wykręcone druty loki, których rozczesanie groziło praktycznie całkowitym wyłysieniem. Znów byłam szatynką – takie włosy bardziej pasowały mi do butów.
     Ludzki odruch nakazał mi nabrać powietrza w płuca i zatkać nos, nim przechyliłam się nad glinianą krawędzią. Podkuliłam nogi i czekałam, aż moje ciało uderzy o taflę wody przejrzystego, wręcz nienaturalnie krystalicznego jeziora. Wzdłuż kręgosłupa przeszył mnie zimny jak lód prąd, jednak niczego więcej na ten moment nie potrzebowałam. Już przy samym brzegu było na tyle głęboko, by móc wyprostować się i ponownie poprawić fryzurę. Kiedy poczułam grunt pod nogami, przypomniałam sobie, że przecież umiem tu oddychać. Przygładziłam rąbek sukienki, po czym rozejrzałam się dookoła: zewsząd otaczały mnie głazy i zielone rośliny, a znad powierzchni świeciło jasne słońce i oświetlało mi drogę. Dziwne, bo przecież był środek nocy. Nie zapominajmy jednak, że to ja tutaj dyktowałam zasady, dzięki którym oksymorony miały prawo zawładnąć światem. Wystarczyła jedna moja myśl, by pojawił się cichy hałas, gorący lód, miękka stal, lekka cegła czy leworęczna prawa ręka. Pogrzebałam trochę bosą stopą w cienkim mule uświadamiając sobie, że tak czystej wody nie ma nawet w Morzu Śródziemnym ani w wannie. I nie było tu niczego – same kamienie i ja pośrodku własnej głowy.
     Z lekkością odbiłam się od dna i zaczęłam płynąć. Biorąc pod uwagę, że nie czułam oporu wody, można by porównać to do latania. Ach, jak wiele marzycieli oddałoby wszystko, żeby znaleźć się teraz na moim miejscu… Robiąc piruety i potrójne tulupy zamknęłam oczy, by choć na moment oderwać się od czegoś, co nie istnieje. Upewniwszy się, że moja fryzura mimo kontaktu z wodą nadal wygląda jak sztywno ułożony cud świata, skręciłam w lewo za rozpościerającą się aż do powierzchni rośliną przypominającą rozrośnięty wodorost. Przystanęłam bosymi nogami na szarym piasku dna i wymyśliwszy jeszcze kilka takich tworów w obrębie wzroku, wsadziłam dłonie do płyciutkich kieszonek mojej sukienki. Spojrzałam przed siebie i ugięłam nogę w kolanie, przechylając ją do wewnątrz. Coś takiego jak elegancki, acz bezpodstawny foch.
     Zamrugałam do stojącego bokiem Logana. I jego fryzurze nie przeszkadzała woda, pod którą się znajdowaliśmy. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, pstryknęłam palcami w celu ubrania go w czarną, skórzaną kurtkę i bardziej pasujące do niej spodnie. Biały zaczynał mnie dobijać.
- Nie lubię zapachu pianki do włosów – rzucił, wzruszając ramionami. – Nie wiem, jak możecie tego używać. Tylko włosy wam się od niej kleją i przetłuszczają, a potem marudzicie, że nikt was nie chce.
- Moją fryzurę trzyma nierzeczywistość i nierealność, nie jakaś pianka – prychnęłam. – A ten zapach to wodorosty. Chyba powinnam się obrazić.
- Nie zdziwiłbym się, gdyby tak się stało – prychnął, ale nie wiem, czy się przy tym uśmiechnął.
     Spojrzałam w górę. Nie w niebo, bo w moim położeniu stwierdzenie to nie miałoby najmniejszego sensu. Załóżmy więc, że patrzyłam tam, skąd dochodziło do mnie słońce.
- Powiedz mi o czymś, Logan – poprosiłam bardziej twierdząco niż pytająco, o ile w ogóle tak można.
- Twoim nauczycielem jest James, to jego powinnaś pytać – odpowiedział mi. Przez moje serce przebita została strzała sugerująca mi, że jest to rodzaj reakcji obronnej z jego strony. Tak, jakby wiedział, domyślał się, przeczuwał… Jakby znał ludzi lepiej, niż ja. Potrząsnęłam głową.
- Ale masz obowiązek spełniania moich rozkazów, czyż nie? – odchrząknęłam, podnosząc oczy. Wyobraziłam sobie, że jego są czerwone. I były.
- Mam – przytaknął odpowiedzialnie. Wciąż stał z rękami w kieszeni i w rozkroku, ale już nie bokiem, tylko przodem do mnie.
     Westchnęłam. Znów miałam na sobie wysokie szpilki, tym razem jednak w kolorze czerwonym. Nie mogłam być niższa od mojego rozmówcy, to nie w moim stylu. Zrobiłam uzasadniony krok w jego stronę.
- Powiedz mi, czego z ludzkich rzeczy chciałbyś się nauczyć? – spytałam, puszczając ustami kilka bąbelków. Woda wypełniająca moje płuca łaskotała mnie od środka.
- Anioły potrafią wszystko – odparł jakby beznamiętnie. – Przecież wiesz.
- Ale teoria to nie to samo co praktyka – uniosłam palec w górę w celu podkreślenia ważności wypowiadanych przez siebie słów. – Może i wiesz, że coś umiesz, ale nigdy się o tym nie przekonałeś.
- Nawet nie wiesz, jak zazdroszczę ci, że możesz czegoś nie potrafić – rzucił ostro, chyba trochę zbyt ostro, bo zaraz opuścił głowę. Kadencja i antykadencja jego głosu sama musiała go zaskoczyć. – Przepraszam.
- To jest coś takiego? – wierciłam dalej, ignorując jego ostatnią wypowiedź, która wbrew pozorom dała mi wiele do myślenia.
     Logan uśmiechnął się nieznacznie, patrząc na jednego z wodorostowych kolosów. Wyglądał, jakby uwierzył w coś, o czym sam jeszcze nie wiedział. W jakąś pestkę, która mimo zjedzenia owocu pozostaje nienaruszona. To mogło być cokolwiek.
- Jest – przyznał się wreszcie, nieco bardziej opanowany. Utkwiwszy wzrokiem w jednym z moich odstających loków wydawał się być lżejszy, jakkolwiek to nie brzmi.
- Co to jest? – grzebiąc obcasem w piasku dałam mu znak, że oczekuję szybkiej odpowiedzi, w przeciwnym wypadku wymyślę magiczny długopis, który urzeczywistnia wszystko, co się nim tworzy i narysuję mu na czole męskiego członka. Anioł zakrył twarz dłońmi, by ukryć swoją niepohamowaną chęć wybuchnięcia śmiechem. Moja presja chyba nie działała na niego korzystnie.
- Chciałbym wiedzieć, że umiem tańczyć – odpowiedział wreszcie, opuszczając ręce i patrząc mi perfidnie w oczy. W tą głębię, którą tylko duchy mogą zobaczyć.
     Bez namysłu wyciągnęłam ku niemu otwartą dłoń, której ten jednak nie chwycił.
- Bez muzyki nie da się tańczyć – stwierdził. Pokręciłam drwiąco głową, wyśmiewając tym samym jego brak wyobraźni. Widać, że trzymał się schematów, które były zbyt sztywne, bo cokolwiek pojąć.
- To widocznie nie jesteś taki dobry jak uważasz – rzuciłam złośliwie. – Nie wiesz wszystkiego o ludziach.
- Nie o to chodzi – spoważniał. – Po prostu ja chcę poczuć, że tańczę. Muszę wiedzieć, że to robię. A skoro nie mogę nawet poczuć dotyku twojej skóry, to nie ma sensu próbować. Nie opłaca się toczyć głazu na szczyt, którego nie ma.
- Ciota.
     Zamknęłam oczy i zacisnęłam zęby, skupiając wokół siebie całą moc, jaką byłam w stanie pochłonąć z otoczenia. Wiedziałam, że w jego sytuacji nie sprawdzi się metoda, której użyłam z Jamesem i Kendallem, musiałam myśleć odwrotnie. Może nie wie wszystkiego, ale jest bardziej wyczulony na błędne ruchy. Miał jednak jeden słaby punkt, w który właśnie zaczęłam celować. Napięłam cięciwę łuku i od puszczenia jej dzieliły mnie już tylko chwile…
     Jego dłoń zadrżała w mojej. Nawet nie wiem, jakim cudem się tam znalazła, bo przecież nie chciał mi jej podać. Uniosłam powieki i ku mojemu zaskoczeniu Logan wyglądał na zadowolonego, żeby nie powiedzieć - szczęśliwego. Spytał szeptem, jak powinien ustawić dłonie. To, że o coś mnie pytał było najlepszym dowodem na to, iż znów mi się udało. Nie musiał zadawać pytań typu: „A dlaczego tak? Jak to?” – on to po prostu wiedział.
- Prawą dłoń połóż mi na biodrze – poleciłam. – A lewą rozłóż tak, bym mogła położyć na niej swoją prawą. O, właśnie tak.
     Przez chwilę myślałam, że to ja będę musiała prowadzić go w tańcu, jednak nim zdążyłam westchnąć, jego nogi same zaczęły nas kierować. Obniżyłam myślą swoje obcasy, by być z nim na równi. Może to i śmieszne, ale nigdy wcześniej nie tańczyłam w wodzie bez uwzględnienia oporów cieczy. Ba, z pewnością nikt nigdy tak nie tańczył. Mimo, iż nie słyszeliśmy żadnej muzyki, poruszaliśmy się po dnie wśród wodorostów i luster światła w stałym rytmie, coś na wzór przebojów Boyzone z tego filmu, który nieustannie oglądała moja mama. Logan nie wydawał się być ani trochę skrępowany: obracał mną, czasem unosił, prowadził ku głębszym wodom zgodnie z kierunkiem prądu. A kiedy zachwiałam się na drobnym kamieniu, złapał mnie, nim zdążyłam pomyśleć o tym, że upadam. Przycisnął mnie mocniej, by jeszcze bardziej poczuć siłę mojego daru. Chyba spodobał mu się dotyk.
     Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że wszystko jest w porządku; że jakaś para tańczy sobie bez muzyki na samym dnie przejrzystego jeziora w środku nocy przepełnionej słońcem (to takie normalnie, nie?). Ale w rzeczywistości nic nie było na swoim miejscu. Znów pojawiły się wyrzuty sumienia, znów czułam to kłucie w dole serca. Musiałam być czystym diabłem, skoro udało mi się oszukać już trzeciego anioła.
     Mój chwyt polegał na wysnuciu tylko jednego filozoficznego wywodu - Logan rozumiał mechanizm pracy umysłu człowieka, ale nie kobiety. Kobieta nie jest bowiem człowiekiem, nie zachowuje się jak schemat, nie ma wyznaczonych granic bytu, nie dane jest komukolwiek przewidzieć jej zachowania, odpowiedzi, użytego słowa. Wymknęłam się z kleszczy, których tak naprawdę nigdy nie było, a to żadna sztuka. Żadna.
     Zamrugałam szybko, kiedy zatrzymał się na środku podwodnej pustyni. W pobliżu bowiem nie było już żadnych roślin: wyszliśmy poza teren przeze mnie zabudowany. Pochyliłam głowę w tył, by mógł zauważyć to, co miałam mu do pokazania. Udało mi się bez większego problemu. Logan położył mi dłoń na policzku tak delikatnie, jakby bał się, że może mnie nią niechcący zabić. Otworzył usta w wyrazie głębokiego zdziwienia.
- Ty masz złote oczy – powiedział szeptem, jakby to był fenomen nie do wyjaśnienia i tajemnica, którą należy zachować. – Masz śliczne, złote oczy. To nienaturalne, żeby mieć złote oczy.
- Jakbyś wrąbał tyle powtórzeń w jednym akapicie wypracowania na angielskim, dostałbyś po uszach – machnęłabym z chęcią ręką, jednak ramię Logana zablokowało mi możliwość jakiegokolwiek ruchu. Był o wiele silniejszy niż Kendall i o wiele delikatniejszy zarazem, bardziej niż James. W dodatku uśmiechnął się tak, jak po raz ostatni zrobił to Jeremy, kiedy rozstaliśmy się pod moją szkołą językową. Ja poszłam na hiszpański, on na trening. Nasze rozstanie miało trwać cztery godziny, mniej więcej do wieczora. A Logan miał taką samą linię zgryzu.
     Chciałam tańczyć, ale on mi nie pozwolił. Wpatrywał się w moje oczy jak zaklęty, z kamienną twarzą i miedzianym blaskiem na rzęsach. Coś było nie tak, a w moim przypadku każde odbiegnięcie od scenariusza mogło skończyć się tragicznie.
- Co jest? – spytałam, marszcząc czoło. Starałam się sprawiać pozory bezinteresowności.
- Czy ludzie potrafią dotrzymać tajemnicy? – przekrzywił głowę jak szukająca w zbożu myszy sowa. Poczułam się nieswojo, bo to nie on był tu od zadawania pytań. Przecież on powinien to wszystko wiedzieć. Faktycznie, zdecydowanie coś było nie tak.
- Oczywiście, że nie – odpowiedziałam. Dopiero teraz zorientowałam się, że nie ściągnął dłoni z mojego policzka ani na chwilę. – Ludzie są fałszywi, nie można im ufać.
- A upaść byś nie chciała?
     Przełknęłam ślinę. Miałam wrażenie, że jestem kartką, na której wszystko jest wypisane. Mimo zablokowanych myśli obawiałam się, że zaraz ściągnę maskę, co byłoby czymś najgorszym z możliwych. O ile już tego nie zrobiłam.
- Dlaczego pytasz mnie o takie rzeczy…? – szepnęłam drżącym głosem. Moje gardło było przebite pilnikiem do paznokci.
- Czuję, że się boisz, czuję, że mnie obejmujesz, czuję, że masz piękne oczy – rzucił kompletnie bez sensu, czym jeszcze bardziej mnie przestraszył. – Czucie w skórze jest cudowne, Invisible.
     W jednej chwili wszystko stało się jasne: Logan nie umiał poruszać się w ludzkiej skórze i zbyt mocno chciał przeżyć tę chwilę, którą mu bezpodstawnie podarowałam. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby zadać sobie ból. Wiedziałam, że w ciągu tych paru świetlnych minut jest w stu procentach człowieczy, przez co może zrobić sobie krzywdę… Na tę operację zużyłam całą swoją energię, więc nie pozostało mi nic innego, jak wierzyć w cud. Sytuacja jeszcze bardziej wymknęła mi się spod kontroli, kiedy musiałam skupić się na tym, by nie wymyślić tu niczego innego, co Logan mógłby wykorzystać. Wiecie, jak trudno jest o niczym nie myśleć?
- Jak się zabija to boli? – spytał jak psychopata, który nie ma pojęcia, o czym mówi. Jego głos był pusty i mechaniczny, jakby wydany przez niedopracowanego robota, który w dodatku nie ma poczucia humoru.
- Logan, nie chcesz chyba… - jęknęłam mając wrażenie, że jego uścisk słabnie.
- Proszę, nie męcz mnie, pozwól mi, całą anielską kadencję na to czekam – rzucił jeszcze bardziej chaotycznie, puszczając mój policzek i depcząc nerwowo znajdujące się pod nami drobne wodorosty. Gdybym wiedziała, że zareaguje inaczej niż chłopcy…
- Jesteś w euforii i nie wiesz, co robisz! – krzyknęłam, zakrywając usta dłonią.
     Odbiłam się od dna i zaczęłam płynąć za nim, gdy ten rzucił się do biegu. Na całe szczęście miał ludzkie ciało, które na ten moment było niedoskonałe, przez co bez problemu mogłam frunąć przy jego boku.
- Logan! – warknęłam widząc, że unosi dłonie ku twarzy z zamiarem wydłubania sobie oczu. Z szybkością myśli nakazałam jego nadgarstkom skamienieć, przez co zastygł z pięściami w górze.
- Przestań – syknął wściekle. – Daj mi choć raz zaznać człowieczeństwa!
- Bycie człowiekiem nie polega na masochizmie! – broniłam go tym razem przed nim samym. Unosiłam się nieco ponad dnem, mając obojczyk na wysokości jego czoła. Ugięłam kolana.
- Ale ludzie się zabijają, jest pełno krwi i mięsa! – ciągnął dalej, a ja miałam wrażenie, że moje niewidzialne kajdanki zaraz pękną. Gniew dał mu mnóstwo siły, której się bałam. A zęby miał tak zaciśnięte, jakby był chory na umyśle. – Znam ludzi, wiem o nich wiele, to zabójcy! Sama potwierdziłaś, że nie można im ufać, to hieny!
- Większość tak, nie zaprzeczę – przytaknęłam nerwowo głosem dyplomaty. – Ale ludzie a Ludzie to ogromna różnica! Ludzie pisani z dużej litery nie chcą się bić! Nie chcą krwi, śmierci i cywilizacji!
- To jak mam poczuć, że jestem człowiekiem?! – Logan cały drżał, kiedy wypowiadał te słowa. – Chcę czuć całym sobą, że chwila jest ulotna!
- Upadniesz!
- Chcę upaść!
     W pośpiechu wymyśliłam mu byle jaki krawat, który w mgnienia oka zawisł na jego szyi. Nieistotne było to, że pasował mu do stroju jak żelowe tipsy do dresów. Pociągnęłam go szybko za niego w górę, by ten odbił się od piaskowego podłoża i znalazł się wraz ze mną ponad tą całą wodną roślinnością. Korzystając z jego chwilowej dezorientacji usunęłam niewidzialne blokady z jego nadgarstków i złapawszy za fałdy materiału kurtki na barkach przyciągnęłam go do siebie w nadziei, że mój tok rozumowania ma inny kolor niż moje naturalne włosy. Puściłam cięciwę łuku, o którym wcześniej wspomniałam, a teraz patrzyłam, czy trafię do celu.
     Szkoda, że nie byłam zawodowym graczem w d’arta, bo trafiłam bezbłędnie. W strachu o jego własne życie nie doszukiwałam się samarytańskiego zachowania, ale mimo wszystko kiedy poczułam zarys jego ust na swoich własnych, wiedziałam, że to swojego rodzaju zbawienie. W pierwszej chwili rozłożył ręce nie wiedząc, co się dzieje, jednak szybko zauważył, że to mu się podoba. Obejmując mnie w pasie przyciągnął moje unoszące się w wodzie ciało do siebie i położył swoją dłoń na moim karku. Postanowiłam, że nie będę się z niczym wychylać, a jedynie poddam jego ruchom. Skoro umiał prowadzić w tańcu, to i w tym sobie poradzi.
     Kiedy z każdą chwilą zaczynał stosować teorię swojej wiedzy w praktyce, mnie nie mógł opuścić szok, który wywołało jego zachowanie. Całując go nie tylko pokazałam mu drogę do chwilowego szczęścia, ale przede wszystkim uratowałam mu życie. Nie mogłam pojąć, jakim cudem tego nie przewidziałam… Ręce trzęsły mi się, kiedy przycisnęłam je do serca, jednak kilka sekund później zostały one przygniecione przez klatkę piersiową Logana, który chciał znaleźć się tak blisko mnie, by jak najmocniej poczuć, że czuje. Nie miałam mu tego za złe. A ja po raz pierwszy nie czułam się czemuś winna.
     Był delikatny jak nikt inny. Chyba wiedział, że bez problemu mógłby zrobić mi krzywdę. A może po prostu wiedział, jak postępować ze mną w praktyce? Zaprogramowane miał przecież reakcje, których powinien oczekiwać. Przytuliłam się do niego, nie odrywając jednak swoich ust od jego ciągle uczących się mnie na pamięć warg. Woda ostatecznie zaczęła psuć mi fryzurę, bo na moment zapomniałam o tym, by non stop żądać jej idealności. Byłam zbyt zajęta ratowaniem Loganowi życia.
     Wreszcie przestał mnie całować, ale nie pozwolił, by nasze czoła przestały się o siebie nawzajem opierać. Dyszał ciężko, lecz bezgłośnie. A jego mina była nieadekwatna do czegokolwiek. Był dziwnie spokojny. Chyba niczego nie żałował.
- Upadłem – stwierdził z dziecięcą radością, głaszcząc mnie po szyi.
- Biała próżnia – wyszeptałam mu do ucha.
     Wypłynął mi z ramion szybciej niż gaszone światło. Na wszelki wypadek zamknęłam oczy, by nie widzieć tego, jak reaguje na moje odesłanie. Musiałam to zrobić – tam nic mu nie groziło. Poza tym lada chwila moja moc miała przestać działać, a Logan na powrót stać się aniołem i niczego z tego zajścia nie pamiętać. Musiałam chronić go przed samym sobą, a tylko tam był bezpieczny.
     Opadłam na dno, ocierając zmęczonymi kolanami o żwir zmieszany z piaskiem. Uniosłam ręce w górę i zaczęłam wpatrywać się w swoje drżące palce. Nie minęła świetlna sekunda, a już drapałam się nimi po twarzy, krzycząc jak opętana przez demony. Zalałam się łzami niemocy i podłości, którą sama sobie wytworzyłam. Było mi wstyd za to, kim jestem i wypluwałam wszystkie swoje żale na ziemię. Sukienka wreszcie zamokła, makijaż rozmazał, fryzura rozwaliła, a ja wyglądałam jak zwykła dziewczyna, którą ktoś wrzucił do jeziora. Z tą różnica, że oddychałam pod wodą i nie dotyczyły mnie opory praw fizyki. Świadoma, że uratowałam Logana ze względu na strach o jego życie działała na mnie dołująco. To miał być plan, a wyszło, jak wyszło. Zamiast być zimna i okrutna, byłam… dobra. Ja. Dobra jestem.
     Zawodziłam żałośnie nawet wówczas, gdy na fragmencie piasku przed moimi oczami pojawiła się para białych trampek. Westchnęłam rzewnie, klęcząc nieustannie i jakby nie zdając sobie sprawy ze zmiany stanu personalnego mojego najbliższego otoczenia. Mówiąc mniej naukowo: miałam w dupie fakt, że nie jestem tu sama.
- Mam dość – rzuciłam w  krótkiej chwili przerwy między histerycznymi atakami płaczu.
- Dzielna jesteś, podziwiam cię – Carlos pochylił się nade mną i kucnął na jednym kolanie przy moim boku, by móc pogłaskać mnie pocieszająco po karku. – Daleko doszłaś. W sumie, to już prawie koniec.
- Robię to wszystko dla Jeremy’ego – dodałam bez sensu, jakby o tym nie wiedział. Próbowałam zapewnić samą siebie, że to, co robię, jest choć trochę ludzkie.
- Dasz radę, wierzę w ciebie – zapewnił mnie, nie przestając gładzić mich mokrych włosów. – Przed tobą już tylko jedno do zrobienia.
- Mówiłeś, że to może nie podziałać – zmieniłam temat, unosząc czarne od rozmytego tuszu powieki. Wyglądałam jak rozkładające się zwłoki wrzucone do oceanu. – Że mimo całego mojego trudu mogę w ogóle nie zobaczyć Jeremy’ego.
- To zależy od tego, ile będzie czasu – odparł, nie kryjąc czegoś w rodzaju smutku, choć wciąż mechanizm jego psychiki był jedynie programem, bo nie przekazałam mu ani kropli swojej mocy. – Może zobaczysz się z nim na godzinę, może na minutę, a może nie zobaczysz go wcale.
- Chcę mu tylko powiedzieć, że go kocham, a potem niech się dzieje co chce – pociągnęłam nosem.
     Carlos zamilkł, budując tym samym atmosferę grozy i tajemniczym przed pytaniem, które miał mi lada chwila zadać. Przygryzł dolną wargę.
- I co potem? – szepnął, jakby sam bał się tej myśli. Ale ja nie miałam siły na zrobienie czegokolwiek, co odpowiadałoby mojemu obecnemu stanowi. Po prostu wzruszyłam ramionami.
- Nie wiem – pokręciłam głową. – Nie wiem. Mówiłeś, że zawali się niebo.
- I zawali – dodał bez entuzjazmu. – Dla chwili twojej słabości znikną wszyscy. Zniknę ja, znikniesz ty, zniknie On. Wszyscy umrą.
- On? – spytałam, przestając na chwilę płakać. Zaintrygował mnie akcent, jaki nałożył na te dwie zlepione ze sobą litery. To było coś ze sfery sacrum, bo w jego głosie słychać było ogromny szacunek. Tym razem to on spuścił głowę. Najwyraźniej nie chciał udzielić mi żadnej odpowiedzi.
- Odpocznij – rzucił, wstając i oddalając się na odległość około pół kroku. – Czeka cię jeszcze ostatni etap. Kiedy zdecydujesz się mi zapłacić, postaw w swojej głowie śnieżycę, a przyjdę. To będzie taki nasz umowny znak. Dobrze?
- Zgoda – było mi wszystko jedno. Zwinęłam się w kulkę i czekałam, aż mój rozmówca całkiem odejdzie. Nie miałam póki co siły, by iść dalej. Transfer mocy w żyły Logana kosztował mnie zbyt wiele energii.
     Leżąc samotnie na dnie jeziora zaczęłam zastanawiać się nad istotą przemijania. Wyobraziłam sobie nawet moje ostatnie spotkanie z Jeremy’m – byłam ciekawa, jak też ono będzie wyglądać. Czy się wystraszy, czy mnie przytuli, czy nadal mnie kocha tak, jak ja kocham jego. Zamknęłam oczy i zażądałam, by w mojej głowie natychmiast pojawiła się transmisja z dołu. Uspokoiłam się, gdy przywitał mnie melancholijny widok szatyna przytulającego się do mojej nieruchomej dłoni. Spał spokojnie, wyraźnie zmęczony czekaniem. Podziwiałam go, że przychodził do mnie już kolejny miesiąc wierząc, że w końcu otworzę oczy. To takie romantyczne. Szkoda tylko, że nie miał pojęcia o tym, jak bardzo jest mi bez niego ciężko.
     Zaczęłam płynąć ku powierzchni, by przygotować się do ostatniego z kroków. Jeszcze wówczas nie wiedziałam, że od śmierci cięższe jest jedynie życie. Powąchałam kilka róż, po czym wyciągnęłam rękę ku górze: tam, gdzie mimo nocy znajdowało się słońce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz